Sympathy
godz: 00:57 data: 2010.01.3
new brand

co sprawia, że się zmieniamy? w czym tkwi siła zmian i dlaczego do nich dochodzi?

stoję na przystanku pod placem zamkowym w oczekiwaniu na tramwaj. jest tak jakby już wieczór i pada śnieg. moje myśli wędrują od pięknie obsypanych śniegiem drzew aż po choinkę, która robi wiele szumu wokół siebie, choć ma się nijak do tych światowych. a to Polska właśnie.
wsiadam do tramwaju i wybieram miejsce. zawsze mam swoje upatrzone, bo nie znoszę siedzieć przy drzwiach. i wchodzą dwie paniusie i po prostu wywalają mnie ze swojego miejsca, bo chcą siedzieć obok siebie. no i co robić w takiej prozaicznie głupiej sytuacji?!
dlaczego niby nie wstać, nie dać możliwości pogadania dwóm paniom?

eh i sedno sprawy. motorem do takich zmian zawsze jest grupa? pojedynczo nie można zrobić nic. nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby przepraszać mnie z tego miejsca, gdybym siedziała z kimkolwiek innym. hm. czy samotnie wracając do domu, w pełni radości naprawdę nie mogę mieć prawa do kontemplowania wybranego miejsca?

oczywiście to błahostka. ale idąc tym tropem wróciłam jakieś 10 kroków wstecz, do księgarni, z której wypełzłam. ile z podjętych tam decyzji wynikały z tego, że na każdym kroku towarzyszą nam ludzie? że nie potrafimy być w pełni aspołeczni tylko dlatego, że po prostu się nie da?

muszę popracować nad autonomią, choć tak naprawdę w stricte tego słowa znaczeniu jest po prostu tylko teorią.

Komentuj(0)


godz: 19:26 data: 2009.02.19
granice wytrzymałości

po raz kolejny odkryłam, że wszystko ma swoje granice. absolutnie wszystko:
  • wysłuchiwanie "wszystko jest na mojej głowie. czasem mam ochotę iść, pójść gdziekolwiek. znów nie ma/nie jest zrobione/brakuje/jest nie tak....."
  • czekanie (na kogoś, na coś, po coś)
  • wyrozumiałość
  • słuchanie (radosnego świergotu, pieprzenia o byle-czym, użalania się nad światem, wiecznych skarg, nieporozumień, a przede wszystkim "liczę, że zrozumiesz")
  • samotność (rozumianej w inny sposób)
  • towarzystwo. czasem każde (nawet komputera, książek, kwiatka, kota o innych bardziej oczywistych nie wspominając)
  • mróz tudzież upały
  • chęci. zwłaszcza te dobre chęci.
  • tolerancja dla olewania tego, co dla mnie jest realnym problemem
  • głupota (choć nie wiem, czy tego nie wykreślić jednak)
  • horyzont
  • kreatywność, twórczość rozwiązywania problemów
  • cierpliwość
  • ton głosu wskazującego na pretensję, choć nie słychać konkretnych słów
  • strach
upajam uszy orgazmicznym wręcz brzmieniem elektryki. ciarki schodzą od ramion w dół niknąc powoli w rozkoszach. zastanawiam się, gdzie leży moja terapeutyczna książka i zeszycik.
na stole obok rośnie stos książek. w myślach - stos rzeczy do ogarnięcia...
a ja tak jakby mam ochotę to wszystko pierdolnąć i przestać się przejmować. zatopić gdzieś w siebie i przez cały dzień stamtąd nie wychodzić.
(kto by przypuszczał, że aparat Golgiego pełni również funkcję detoksykującą?!)

w między czasie. pośród niemalże lasów i gąszczy niepewności i strachu (w moim odczuciu uzasadnionego, choć oczywiście nie wszyscy to tak odbierają) mija spokojnie 5 lat.
to nie jest takie zwykłe 5 lat. nie takie, które można by przeżywać codziennie. nie, nie, nie. to jest takie 5 lat, które w specyficzny sposób daje o sobie znać.
zaczyna się ono w piątek 13 lutego. choć efekty specjalne (czytaj te w psychice) występują dużo wcześniej. otóż tego 13 lutego w pełni z każdą godziną przypominam sobie 13 lutego 2004 roku, który również był piątkiem. niestety tak się składa, że piątkiem również feryjnym. jedno się zmieniło na pewno - Torwarem zarządza już inna firma. no i nie ma dziś ślizgawki wieczornej za darmochę. a nawet, gdyby była to i tak nic mi do niej. też jest śnieżno, dość mroźno. no i może ja mam kilka kilo więcej.
5 lat temu wieczorem, w imieniny, mając totalnie zwalony humor (hmm...czy to też przypada z roku na rok) poznałam mężczyznę swojego życia.
tyle wystarczy.
dzień później nie znałam go wiele bardziej, ale miałam o wiele większe nadzieje. 575 dni później stałam się jego narzeczoną.
teraz po 1827 dniach zastanawiam się, patrząc na pustą politechnikę warszawską, ile to wszystko jest warte?

nikt nie przeliczy ile razy byłam szczęśliwa. nikt nie spamięta, ile razy się widzieliśmy, ile byliśmy razy w kinie, kawiarni, na spacerze. nie da się ogarnąć każdej minuty naszych wspólnych wyjazdów w góry.
a ile było łez, cierpienia i nieodebranych telefonów? ile pretensji i słów rzuconych na wiatr?
kto się odważy wziąć to na szalę i powiedzieć mi, jaki jest wynik?

i co ja mam dalej robić ze swoją ambiwalencją, tęsknotą?

nie wytrzymałam dziś świergotu o mężczyznach. śluby i zaręczyny wprawiają mnie w stan głęboko pojętej agonii wywołanej refleksją na daleko idącym poziomie szczegółowości w złym kierunku. wszystko okraszone jeszcze filozofią życia. zastanawiam się, czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby po prostu pójść spać.

ale tu nie można iść spać.

w między czasie zarysowuje mi się wizja kłótni suknio-menu-lokalowo-terminowo-gościowo-ogólnowystrojowoślubnych i tak mnie zbiera na mdłości, jak przy informacji, że ktoś młodszy spodziewa się dziecka.
nieprawdopodobne są reakcje mojego organizmu i wolałabym żeby przestawił się naprawdę na tę wersję odrzutną niż z utęsknieniem-wyczekującą. a to dlatego, że naprawdę jest tyle rzeczy, na które wolałabym skierować teraz swoją energię. i nie zastanawiać się nawet przez chwilę nad znaczeniem czyichś spojrzeń, aluzji, słów, oczekiwań.

wolność byłaby całkiem niezła, gdyby sama sobie nie wyznaczała jednak granic...

Komentuj(0)


godz: 00:27 data: 2009.02.8
....

o nie nie. co to, to, kurwa, nie. zapamiętać to sobie!

Komentuj(1)


godz: 15:06 data: 2008.08.5
w biegu

skóra smagana wiatrem. wiatr, który jak na zawołanie osusza wszystkie łzy. te niewypłakane też. choć jest ich tak dużo.
siedzę z jakąś taką pustką przy boku. przez 15 minut próbowałam pisma rondowego, które nawet niezgrabne nie chciało wyjść. a potem gotyki, która już w ogóle powaliła mnie na łopatki. i co z tego, że usiadłam do tego po pół roku od czasu, kiedy pomyślałam, że trzeba się rozwijać? co z tego, skoro nie mogę się rozwijać, bo nie mam tego czegoś. pióro skrobie po idealnie gładkim papierze, a mnie szlag trafia z każdym umoczeniem go w tuszu. bo nie jest idealnie. nie jest tak jak miało być...

uchodzę za osobę cierpliwą. ale tak nie jest. nie mam cierpliwości do tego wszystkiego. nie mam wiary, że cokolwiek z tego może wyjść.

i boli mnie głowa.

próbuję napisać list. skoro nie mogę liczyć na odzew na moją prośbę, próbuję napisać list. mam dość ustępowania. dość policzków - choć są niewidzialne. czy tak jest z każdym? czy każdy prędzej czy później okazuje się czymś takim? to w takim razie po co od małego uczy się nas, żeby im ufać i kochać?!

nie mam na nic nastroju. ani chęci. ani ochoty. skłamałam, że jestem w pracy, bo najchętniej cały dzień przeleżałabym w łóżku skomląc o coś do jedzenia i o ciepło. i brak obiektywizmu. o walone wsparcie. nigdy go nie ma, kiedy potrzeba. to jest po prostu jak któreś z rzędu prawo dynamiki Newtona.

sama jedna. w łóżku, na poduszce. w totalnym zimnie. równie dobrze mogłabym zamieszkać na Alasce. i tylko marzenia tłukące się po głowie, że to się kiedyś zmieni. że dla każdego w życiu jest odrobina szczęścia. pod warunkiem, że umie się do niego dostosować - zbliżyć. a co jeśli jestem jak B. i nie umiałam się dostosować i szczęście mnie nigdy nie spotka? co jeśli skończę z dupą jak słoń bez krzty samokrytyki?

gdzie się podziała tamta dziewczyna sprzed 5-6 lat? dobre pytanie. nie znam już jej...


Komentuj(1)


godz: 12:45 data: 2008.08.3
księżniczki i książęta

It's all about my last talk.

widziałam się z jaśkiem, który generalnie nie należy do osób mi bliskich czy coś, po prostu - znajomy. i mimo pośrednich wątków w końcu zahaczyliśmy o szukanie swojego księcia czy księżniczki. to zabawne, jak często ten temat przewija się ostatnio w moich myślach. co lepsze! nie znam osoby, która by nigdy się w tej kwestii nie wypowiedziała. a już zdecydowanie znam bardzo mało mężczyzn, którzy wychodzą z założenia, że spotkają swoją księżniczkę! nie - nie żonę, nie fabrykę do robienia dzieci. księżniczkę. z którą połączy ich cudowne uczucie, będzie cudowny ślub i wszyscy będą szczęśliwi. by the way byłam wczoraj na jednym z takich potencjalnie idealnych ślubów. i wciąż mam moje solówkowe poczucie winy z tego powodu. ale może za jakiś czas o tym zapomnę...
NIE MA KSIĘŻNICZEK. i NIE MA KSIĄŻĄT. nie ma happy endów, które trwają wiecznie. zawsze się kiedyś kończą. nie ma w tym nic romantycznego. w życiu w ogóle mało jest romantyzmu. najwięcej jest strachu. o podejmowane decyzje, o....to żeby nie być odrzuconym. wszystko się do tego sprowadza. to jakie wybieramy buty, jaki sos, napój - czy ufamy sobie czy innym? a jeśli nie sobie to dlaczego tak jest?
nie chcę mieć męża czy faceta, który zamiast pierścionka podaruje mi durex play, bo mój facet będzie umiał zrobić to sam. nie chcę mężczyzny, który mnie zamrozi swoim oddechem. nie musi - wystarczy, że mnie pocałuje. i wierzę, że mój facet nie będzie potrzebował Axe, żebym na niego leciała ja czy cała masa innych lasek...już wolę, żeby po całym domu rozrzucał torebki po herbacie i siadał gołym tyłkiem na białej kanapie...
(w międzyczasie okazuje się, że jest bardzo mało reklam, w których faceci robią z siebie idiotów, bo główne role odgrywają jednak kobiety)

do bani. i naprawdę niesamowite, że niektórzy wierzą, jak jasiek, że może do mnie przyjechać koleś na białym koniu i okazać się księciem z bajki. bo ja wierzę, że nikogo takiego nie ma. znaczy chciałabym, żeby było inaczej, bo to 100 razy prostsze i daje mnóstwo nadziei, ale co z tego?


Komentuj(0)


godz: 23:58 data: 2008.08.2
dno.

tak. absolutne dno. spieprzyłam to, co miało wyjść tak idealnie. i jestem przez to na siebie mega zła. żeby nie umieć przystawić sobie do ust durnego mikrofonu!

i nie umiem sobie wybaczać...

i jestem na samym dole tego dna. niżej pewnie nie można. nie można nie wiedzieć, czego się chce od życia albo jaka będzie przyszłość. patrząc na czyjeś szczęście, wciąż się wzruszam, by zaraz potem siebie porównać i dojść do wniosku, że moje życie jest do bani. nie umiem zrobić z siebie pożytku. nawet jeśli mam jakiś talent, to nie umiem go doprowadzić do końca...udoskonalić. co z tego, że mogę malować na szkle, jeśli nie umiem tego dobrze robić?! i zamiast ślicznego prezentu ślubnego w postaci szklanek tworzę dziecięce bazgroły? i jeszcze szukam potwierdzenia u innych, że jest okej. TAK ROBIĄ DZIECI!
i nie umiem na tym przejść do porządku dziennego. nie umiem wziąć się w garść i czegoś zrobić. postawić pewne sprawy na ostrzu noża i zadecydować - w prawo bądź w lewo. ale byle do przodu.

wciąż wiele pytań. żadnej odpowiedzi, tylko wciąż nowe pytania...czy kiedykolwiek będę mieć blask w oczach patrząc na drogiego mi mężczyznę i zapraszając kogoś na swój ślub? czy może zawsze będę tylko mówić - kochałam...a na pytanie 'i co?' z przemiłą chęcią odpowiem 'bullshit'.

żałosne.


Komentuj(1)


godz: 22:04 data: 2008.07.30
zwykłe czyni niezwykłe

zaczęło się banalnie. "widzimy się w czwartek 30 lipca". oczywiście wiadomo, że 30 jest dziś, jutro zaś 31 i generalnie jest to błąd. próbując sprawę wyjaśnić, napisałam maila, zaraz dostałam też odpowiedź w stylu: jestem gapa, jasne, że 31 lipca, a potem kolejną wiadomość już do wszystkich, że oczywiście chodziło o czwartek 31 lipca i że wszyscy się miejmy nadzieję domyślili....pierwsze co mnie nachodzi to jakieś takie zawstydzenie - czy tylko ja się nie domyśliłam? no świetnie. dobrze, że choć publicznie do wiadomość nie poszło kto zaalarmował, że jest błąd...szit.
a więc jednak szyk słów w zdaniu ma ogromne znaczenie....bo przecież skoro pierwszy pojawił się czwartek, a potem data, to wiadomo, że chodzi o czwartek, data nieważna. gdyby najpierw było 30 lipca, a potem czwartek, wiadomo, że chodziłoby o dzień dzisiejszy...napawa mnie to lękiem, że zauważając takie rzeczy, czy nawet próbując się w nie wgryźć traci się coś z magii komunikacji i rozmowy. i nagle zaczynasz myśleć, w jakiej formie podać podstawowe informacje. zwykła wiadomość czyni niezwykłą rzecz...

 

oczywiście dzień nie był pozbawiony uroku mimo zmienionych planów...całe szczęście, że w moim życiu są osoby, które potrafią ze mną zrobić coś konstruktywnego.
niestety szybko się kończy to co się zaczyna, tak więc przeurocze pogawędki o seksie, orgazmach, ewolucjoniźmie oraz wszelkiego rodzaju rzeczach w stylu SPN przerwał przeurocyz telefon "z ziemi", bo ja byłam wówczas w niebie. zabawne, że wiedziałam kto dzwoni i po co. na tyle zabawne, że to kolejna przerażająca mnie rzecz...

i jeszcze jedno....w tym wszystkim zaczęłam się zastanawiać, czy małżeństwo nie jest dla mnie przypadkiem w tej chwili jedyną przystanią, która na tak wielkim rozdrożu na jakim stoję wyznacza jedyną stałość i stabilność tego, co mnie czeka w przyszłości....czy więc jest środkiem, celem? czym? ...


Komentuj(1)


godz: 14:20 data: 2008.07.28
ile można znieść?

dziewczyny.jpg

zaczęło się tak niewinnie. ponad tydzień temu postanowiłam (ośmielona nie bardzo wiem czym) pojechać do mojego fiance i raz na zawsze wszystko ostatecznie zamknąć. trochę miałam poczucie, że wchodzę jak do paszczy lwa. sama zaczęłam temat ślubu. i postawiłam jasno sprawę...przede wszystkim przed sobą. no i zaczęła się burza. nie powiedziałam za wiele, tylko to, co mi leżało na sercu. pierwszy raz. poczułam jak bardzo go kocham, jak bardzo już teraz tęsknię...i jak wiele siły musiałam w sobie mieć, żeby wyjść z domu...wyjść na światło dnia i zacząć żyć dalej. tak po prostu pójść i wziąć fakturę w sklepie...i może nie byłoby mi tak bardzo żal, gdyby nie czekał na mnie przed tym sklepem...

a potem to już wszystko się samo stało. znaczy stało się, że jestem szczęśliwa, choć nie usłyszałam nic konkretnego ani zwięzłego...

a potem zaczęło się coś zupełnie innego. mianowicie pojechałam z A. wybrać dla niej suknię na ślub, na którym, by the way, jestem świadkową...wybrałyśmy. kiedy weszłam do salonu, do którego nigdy wcześniej nie wchodziłam, bo tę przyjemność przed swoim ślubm postanowiłam odłożyć na możliwie późno, okazało się, że jednak ecri i że jest kilka, w które sama chętnie bym się wcisnęła. nieważne za jaką cenę, choć ta nie była znowu taka duża...i tu właśnie zaczęły się schody, ponieważ walka ze sobą, by nie zrobić nic mówiącego "pomagam Ci w wyborze wedle własnego gustu, tak jakby to był mój ślub a nie Twój" okazała się po prostu batalią, jak z "Krzyżaków". ile człowiek jest w stanie znieść? ile myśli szepcących, że to ja miałam być na jej miejscu (dzięki Bogu nie z tym facetem). ja miałam to wszystko sobie planować i marzyć. i miałam mieć ku temu święte prawo. a tak naprawdę efekt jest inny. co gorsza moja wizja ICH ślubu i całej tej otoczki, zgodna właściwie z ich wizją, spotkała na drodze świadka czyli K., a więc do batalii krzyżackiej należy dorzucić wszelkie kompromisy.

a później...a później to już były maile od mm w sprawie śpiewu na ślubie w tę sobotę...

i nagle...i nagle osaczona zewsząd bielą, kwiatami i życzeniami, zastanawiam się, jak wiele siły trzeba mieć do tego, by zakładać maskę radości czy też ewentualnie obojętności na to wszystko. zastanawiam się jak wiele ja mam jeszcze w sobie tej siły, żeby to unieść. żeby spełniać rolę scholistki czy świadkowej, udając, że wszystko gra, jest cudownie, jestem przeszczęśliwa i marzyłam całe życie o tym, by tam stać i śpiewać, czy wybierać A. rękawiczki i buty, bo ona tego nie zrobi...

i nagle olśniło mnie, czy cała ta rozmowa z nim nie była wywołana gigantyczną presją na mnie całego bożego świata....ciągłym pukaniem i tykaniem zegara - wszyscy to Ty też musisz. już, teraz, natychmiast...a przecież kiedy mogłam i kiedy teoretycznie był na to czas, to nie chciałam. teraz, siedzę i zastanawiam się, czy można być kiedykolwiek gotowym do małżeństwa, czy nie jest to tylko taki "argument" za lub przeciw? czy nie stosujemy go, chcąc podkreślić, jak bardzo nam zależy, lub że się wahamy albo generalnie jesteśmy na nie...czy to nie jest takie - potrzebuję czasu albo już, teraz, natychmiast - bo wszyscy, to ja też...w tej gmatwaninie myśli, czy ja rzeczywiście też, czy teraz, czy akurat z tym mężczyzną jestem zaplątana jak w sieć...i obawiam się, że miną kolejne miesiące, nim w ogóle zacznę się rozplątywać. to są takie rzeczy, sprawy, czy rozterki, że nie ma szans, żeby było zewnętrzne coś, co pomoże w podjęciu jakiejś decyzji. i to jest w tym chyba najgorsze, bo jestem sama ze sobą...

i do tego wszystkiego mój ukochany Sex. i nawet ona ślubuje, nawet ona przystrojona w pięknej sukni....spełnione marzenia....

lub.jpg

poza tym normalnie. latka lecą, kilogramy przybywają...przynajmniej tak określiłaby to M., bo o niczym innym mi ostatnio nie mówi. i mimo, że zaprzeczam z całych sił, to czuję w sobie taką gorycz, że aż strach pomyśleć. czas na terapię zakupową - do EMPIKU marsz!

Miłosc mi wszystko wyjasniła,
Miłosc wszystko rozwiazała –
Dlatego uwielbiam te Miłosc,
Gdziekolwiek by przebywała
                                                    K. Wojtyła

(i to kolejny powód łzawego nastroju - kocham tę piosenkę....i marzyłam, żeby ktoś ją zaśpiewał...no, wiadomo kiedy)


Komentuj(0)


godz: 11:41 data: 2008.06.24
czemu?

czemu innym się zdarza, że dzwoniąc w nocy ktoś odbiera ich telefon?
czemu innym się zdarza, że gdy są zapłakani ktoś ociera im te łzy?
czemu innym się zdarza, że roztrzęsieni znajdują pocieszenie w czyichś ramionach?
czemu innym się zdarza, że kończą jedno i zaraz potem zaczynają z wzjemnością drugie?
czemu innym się zdarza, że ktoś słucha, co mówią?
czemu innym się zdarza, że nie płaczą po nocach?
czemu innym się zdarza, że ktoś chce ich uszczęśliwiać?
czemu innym się zdarza, że mają oparcie w każdej sytuacji?
czemu innym się zdarza kochać mocno, ale nie do bólu?
czemu innym się zdarza, że mogą się dodzwonić o każdej porze?
czemu innym się zdarza, że ktoś poświęca im czas nawet o trudnej godzinie?
czemu innym się zdarza doznawać czułości i ciepła, gdy tego potrzebują?
czemu innym się zdarza, że potykają się o własne szczęście?
czemu innym się zdarza, że ktoś o nich dba i zabiega?
czemu innym się zdarza nie być kantem czyjejś dupy?

czemu innym się zdarza być kurde kochanym?


Komentuj(0)


godz: 19:17 data: 2008.06.13
czarna rozpacz

Zalewa mnie czarna rozpacz. Jakaś przeogromna, potworna wizja mroku. I to nie takiego w stylu "złooo", tylko mroku, w którym trudno znaleźć cokolwiek i trzeba poruszać się po omacku, a na dodatek wokół czai się jakieś gówno.

To gówno lata mi nad głową i tylko czekać aż spadnie. Jest wyjątkowo duże, śmierdzące i brzydkie. I rzadkie.

Od kilku dni mam wrażenie, że coś się wiecznie kończy, a ja nie mam wpływu na to na tyle, żeby choć przez sekundę zatrzymał się świat. Oczywiście najmocniej to odczuwam, kiedy myślę o czyjejś śmierci. I wtedy szlag mnie trafia, że nikt nie zatrzyma się nawet na chwilę.
Skończyła się IM szkoła. Pili szampana u Kellera. Skończyło się wszystko. Dla mnie to jakby się skończył cały świat. 5-letni świat. Takiego zakończenia bałam się już 3 lata temu. To jest niesamowite. Do tego stopnia, że zaczynam zdania dużymi literami...

Skończyła się 3 seria SPN-u i choć wiele podobnych rzeczy sie skończyło, to mam wrażenie, że piekielne bramy nie mają litości dla dusz tak pieprzniętych jak moja wciąż szukających emocji i "tych" spojrzeń na ekranie.
Gdzieś to wszystko jest bardzo proste i przewidywalne, a i oczywiście mało realne. Ale gdzieś we mnie to wszystko demoniczną przybiera postać i nie zdziwię się, jeśli któregoś dnia spotkam na swej drodze takie oczy.
Takie końce są bardzo niezdrowe, bo i nie wiadomo co potem...czekać trzeba do września.

i w międzyczasie mam wrażenie, że wszystko mi przecieka między palcami. nienawidzę siebie za to jeszcze bardziej.
i dziś doznałam olśnienia, że jestem bardzo nieszczęśliwym krasnoludkiem. pozbawionym TEGO, którego mogłam i chciałam kochać, pozbawionym nadziei wszelakiej, że i mi się ułoży. za to z dość dużą stertą tłuszczu wszelakiego, sfrustrowaniem z byle powodu, tysiącem problemów na głowie i kolonii zasiadam przed kompem zaraz i zanurzam się w muzykę, która sprawia, że przechodzą mnie ciarki.

i generalnie za dużo ode mnie zależy.
                                   różnych rzeczy i zdarzeń i osób...

Komentuj(0)


godz: 12:27 data: 2008.06.9
poniedziałek

Czekam.
idzie burza. świeci słońce i tylko tyle, że jest wiatr i po grzmotach wiadomo, że będzie burza. bo świeci słońce i na deszcz się nie zanosi. pozory mylą, prawda?

żadna nowość.
urlopowania ciąg dalszy. ciąg dalszy zdawania sobie sprawy z pewnych rzeczy, czasem bardzo oczywistych rzecz jasna...
burzy boję się od "wojny światów" i rosnącego z minuty na minutę przerażenia. jednak niekoniecznie filmem, tylko tym, że tak naprawdę w obronie osób, które kocham jestem bezsilna i nie wyobrażam sobie podejmowania decyzji czy je zostawić, czy ratować się.
masakra.

zdałam sobie ostatnio sprawę, że mimo wielu zalet, jakie ma taki rok na to, by się trochę zastanowić nad wszystkim, to jednak  złapałam się na tym, czego tak naprawdę nie chciałam. a mianowicie, żeby 90% tego walonego wolnego czasu poświęcać mojej sekcie :P. choć niewątpliwie jest to jedyny moment na realizację wielu marzeń, to okazuje się, że jest to trudniejsze, niż przypuszczać by można, a co gorzej, zwałka kłód od nogami jedynie narasta. zastanawiam się po co ja to robię i czemu nie zajmę się czymś innym. i gdzieś między wierszami gubi mi się odpowiedź.

choć się z Nią niepojęcie kłócę i zdania mam skrajnie odmienne, to jednak nie wyobrażam sobie życia bez Niej i że kiedyś mogłoby Jej zabraknąć. taka tęsknota wywołana dłuższym wyjazdem, ale generalnie na szczęście mnie jakoś nic nie bierze z tego tytułu.

no i On. wiecznie rozdarta między nie-wiadomo-czym a przyjemnością i znów nie-wiadomo-czym, po to, by w efekcie pogrążać się z dnia na dzień...bleee
chcę nie-księcia z bajki, tylko kogoś takiego jak wczoraj i dziś. tylko tyle mi wystarczy...


Komentuj(0)


godz: 11:14 data: 2008.04.18
ciiiip, cip, cip, cip

tak woła gospodarz na swą kurę, żeby jej potem odrąbać łeb.

tak woła czasem, nie wprost, ale prawie, moja mamusia, by potem odrąbać mi łeb. co nie zrobię to źle, itp. któż tego nie zna.
a jednak wszyscy z tym żyją.


rozerwana gdzieś na strzępy między tysiącem rzeczy do ogarnięcia, zrobienia, napisania bądź narysowania i wysłania w świat jestem zawieszona w świecie iluzji i marzeń, że jednak może być inaczej...

aha. i wiosna już chyba nastała na stałe. tylko wciąż trochę zimno, ale śnieg stopniał i zielone kikuty powyłaziły z ziemi. niektóre nawet mają i inne kolory i je ludzie na bazarach sprzedają.
a od Myszy dostałam wczoraj niezapominajkę...cudowna dziewczyna.



Komentuj(0)


godz: 19:05 data: 2008.04.13
Zjazd, Zjazt, Zjast, chlast, chlast, chlast xP

Generalnie się nie prosiłam i wcale nie chciałam, ale co robić. skoro sama powtazam wszystkim wokoło, że to Rok Służby, to nie można było narzekać i trza było ruszyć dupę do roboty.
w teorii w sumie raczej przyjemnie.
w praktyce: nowe spojrzenie na wyżynny ZHR od środka

ale o co chodzi?

otóż po pierwsze, to strasznie trudno jest znaleźć ludzi, którzy bez zmuszenia ich do czegokolwiek konkretne rzeczy wykonają. nie napawa mnie to nadzieją na udane relacje z moim hufcem, ale co poradzić. zresztą człowiek się zmienia, więc duża szansa, że i to gdzieś tam się zmieni.
tak więc w tygodniu przed Zjazdem, kóry zakończył się dziś, było ciężko. i gdybym nie wpadła na system przydzielania konkretnych drużyn na dany dzień w życiu nie dałoby się wyegzekwować pomocy przed 11 kwietnia. to jest jeden z tych przerażających aktów naszego przedstawienia.

czwartek. zakupy na 250 osób mogą przerosnąć każdego, zwłaszcza mój samochód, który nie jest dziurą bez dna (jak mi się czasem wydaje) i mieści się w niego ograniczona ilość zakupów. ale jak wiadomo, zawsze wszystko się mieści, więc nie ma co marudzić. byłam zadziwiona ilością wszystkiego oraz pomysłów na to, czego jeszcze brak, a szanowni delegaci życzyć sobie mogą.
wieczorem do 00:30 siedziałam w Naczelnictwie próbując pomagać. próbując, bo niestety nie wszyscy pojęli jako pomoc to, że dzwonię z ofertą noclegu, podczas gdy ich hostel miał awarię...no, a potem to już sprawnie poszło.

piątek. motłoch, bieganina i pierwsze stresy. kawiarenka nie rusza, recepcja się stawia, a tu trzeba kogoś do sztandaru. na szczęście się udało i spełniło się moje marzenie, żeby sobie przy nim trochę postać. jednak godizna wytężonego stania została nagrodzona fotką z Prymasem xP i niesamowitym bólem nóg.



niestety nie ma łatwo i nie usiadłam na chwilę przez następne 6-7 godzin. cały czas wir. ale to i tak nic, bo wszyscy są dla siebie jeszcze mili. gorzej zrobiło się, gdy dla osób, które zamawiały posiłek wegetriański go nie starczyło, bo ktoś inny go sobie wyjadł. świetnie.
.....
a już właściwie nocą, odbyła się kolacja, koło północy konkretnie. i od tego momentu moje nerwy przestały funkcjonować normalnie. powarczałam, powarczałam, zrobiło się głupio i pojechałam do domu. w myśl tego, że ja muszę spać normalnie. a o 7 znów pobudka. masa delegacka sfrustrowana po pierwsze późną porą, a po drugie oczywiście tym, że to nie tak, tamto nie tak...bo do czegoś i kogoś przyczepić się trzeba. no więc herbata i kawa za darmo.

sobota, która szła jakoś szybciej, bo do 14 siedziałam w supermarkecie na zakupach. potem obiad, pojechałam na korki. a wieczorem była taka masa ludzi do pomocy, że mogłam oddać się plotkom z Małą i Agatą. wróciłam do domu owszem, bo późno, ale pospałam więcej niż 5 godzin chociażby.
niepojęte jest dla mnie to, że się oczywiście wszyscy na Zjeździe obrzucali tym i tamtym, ale co począć. BRAĆ harcerska musi przecież czasem pokazać jak to jest być chamem, żeby klarowniejsze stały się i bardziej widoczne postawy braterskie.

niedziela i odliczanie minut do końca. od rana awantury z policją, pretensje...o rety. ale praca wre, wszystko jakoś idzie. komisja skrutacyjna liczyła głosy przez całą noc aż do 11 czy 12 chyba. w międzyczasie seks-uchwała, w ogóle uchwały oraz ogłoszenie wyników wyborów. mamy nowe władze, będzie nowy porządek. ale zapewne nie mniej pretensji czy awantur.
KONIEC. pakowanie i do domu. wreszcie sie wypogodziło i niedziwne, że dopiero teraz...

wniosków jest cała masa począwszy od braku kultury poprzez zadzieranie nosa przez owe "wyżyny ZHRu" aż po uludę, w jakiej wszyscy zdajemy się tam żyć. każdy z nas jest zwykłym człowiekiem z masą wad i przytyków, a udaje świętego. zaś na Zjeździe wszyscy zamieniają się w hieny i polują na padlinę. no, są i orły, ale o tym może innym razem. bo zawsze znajdą się ludzie prawi i zawsze znajdą się prawdziwi drapieżnicy, którym lepiej w ręce nie wpadać...

Komentuj(0)


godz: 10:44 data: 2008.03.18
nie byłabym sobą...

...gdybym rzecz jasna nie podsumowała sobie realizacji stawianych celów xP
oczywiście poza nimi kryje się też wiele innych rzeczy, jak chociażby obroża na nowo...ale. ale i tak to wszystko w pył się obróci i będę stękać, że życie ssie szybciej niż zapewne sądzę...

jadę szukać dzikości. znaczy odkrywać ją w sobie na nowo. potrzebuję w życiu autorytetu, bo ostatnio wszystkie się walą. a ja sama wciąż słyszę, że jestem tym "czymś" dla kogoś. więc dobrze wiedzieć, kim się jest albo jakim się powinno być.
generalnie znalazłam dzikość, trochę ją w sobie podsyciłam i akurat no to uważam że okej. natomiast kwestia autorytetów wali się jeszcze bardziej i chyba niewiele może tutaj pomóc jakiekolwiek moje działanie...


jadę szukać smaku prawdziwego oscypka i bundza. i zamierzam doznawać tysięcy orgazmów na języku z tego powodu.
kupiłam, nie był słony. PRAWDZIWY (hamburger niemalże :P) -uroczy obrazek moim zdaniem. no i tego. rzygałam całą noc :]



zamierzam również zmierzyć się z własnym lenistwem, żeby wstawać naprawdę rano i iść w góry i móc z nimi (jak nie z towarzyszem wyprawy) porozmawiać.
ja nie wiem z czego to wynika, bo przecież to ja jestem kobietą, ale z nim nie da się rano wstać i szybko wyjść...choć, przyznaję, że nawet mimo wstawania o 9 to mam poczucie spełnionego celu :) natomiast nie obyło się mimo dość wczesnych wypraw bez nocnego wracania :P i to w najgorszą zawieję :]



zamierzam odnaleźć pomurnika (jedyne stanowisko w Polsce) i oczarować się jego blaskiem i tajemnicą jego skrzydeł. zamierzam go reintrodukować na Mazowsze XD (mało realne, ale co tam)
to jedyne stanowisko to chyba w Muzeum Tatrzańskim - znalazłam je, a co! xP acz reintrodukcja niemożliwa, bo po pierwsze martwy trochę, a po drugie na Mazowszu mało skał i szczelin...choć, przy blokach w sumie może dałby radę :] tych nieocieplonych znaczy ^^



chcę zaznać majestatu wieczności i nieskończoności.
zdecydowanie tak. zasadniczo góry mają w sobie coś, co mnie ciągnie, mimo, że mój towarzysz wyprawy miał to coś głęboko w dupie. czasem tylko myślę, czemu tak bardzo się przed nim płaszczę i poświęcam swoje ideały i marzenia po to tylko, żeby on był obok...to zdecydowanie nie jest majestat, jeśli mam poczucie, że mam duży tyłek, jestem brzydka, a do tego niedobra, zła i takie tam. nic mi po tym, jeśli ze strachu się trzęsę, czy zacznie się odzywać czy nie. albo dlaczego ma zwalony humor. albo dlaczego nie chce mu się iść...Chryste...jeśli tak jest ze wszysktim w życiu, to mi się nie chce...



chcę uciec i na razie to jedyna forma ucieczki, która jest stosunkowo prosta i nie pozostawia żadnych śladów. ucieknę i nikt za mną nie pojedzie, a jak co to każę się wypiąć.
cały Boży świat nie raczył się zatrzymać na chwilę chociaż, gdy bardzo go o to prosiłam. cały Boży świat dopuścił do tego, że uciekając wpadłam w kolejną pułapkę i znów ten sam błąd.
przypomina mi się tylko, jak rzygałam i jak błagałam Boga, a potem i jego, żeby dał mi coś do picia, żeby przyniósł to czy tamto. rano nie miałam jak poprosić o cokolwiek. godzinę z hakiem jadł śniadanie. to jest kwintesenscja samotności, o jaką nigdy nie prosiłam. kwintesencja bólu, który przeszywa tak głęboko, że aż wypala bruzdę. no i co z tego, jeśli nie zostaje po niej ślad na tyle mocny, by czegoś to uczyło...bo czyjeś fochy zawsze będą ważniejsze.

ale przynajmniej na nartkach pojeździłam...o ile to można uznać za ucieczkę.




Komentuj(0)


godz: 23:52 data: 2008.03.7
Hej, pikno naso nuta, hej pikne śpiwanie, pastyrsko muzyka, starodwane granie!



"let's start over,
I'll try to do it right this time around
It's not over
Cause a part of me is dead and in the ground.
This love is killing me
But you're the only one
"
Daughtry

Jak wytłumaczyć umysłowi, że nie powinno się? Jak każdej cząstce ciała nakazać, zabronić, jak zapobiec nieuchronnej katastrofie?

jadę szukać dzikości. znaczy odkrywać ją w sobie na nowo. potrzebuję w życiu autorytetu, bo ostatnio wszystkie się walą. a ja sama wciąż słyszę, że jestem tym "czymś" dla kogoś. więc dobrze wiedzieć, kim się jest albo jakim się powinno być.
jadę szukać smaku prawdziwego oscypka i bundza. i zamierzam doznawać tysięcy orgazmów na języku z tego powodu.
zamierzam również zmierzyć się z własnym lenistwem, żeby wstawać naprawdę rano i iść w góry i móc z nimi (jak nie z towarzyszem wyprawy) porozmawiać.
i porozmawiać z duszą na wiele dostępnych sposobów.
zamierzam odnaleźć pomurnika (jedyne stanowisko w Polsce) i oczarować się jego blaskiem i tajemnicą jego skrzydeł. zamierzam go reintrodukować na Mazowsze XD (mało realne, ale co tam)
chcę zaznać majestatu wieczności i nieskończoności. bez próbowania zrozumienia obu tych zjawisk. po prostu tak jest.
chcę uciec i na razie to jedyna forma ucieczki, która jest stosunkowo prosta i nie pozostawia żadnych śladów. ucieknę i nikt za mną nie pojedzie, a jak co to każę się wypiąć.

mam dość tego, że muszę odpisywać na pretensjonalne oschłe maile. mam dość, że wbrew własnej woli zamyka się mnie w jakichś przedziałach, które nawet mnie nie obejmują.
próbuję walczyć z wszechogarniającą głupotą, ale nie jest mi to chyba pisane.

ponadto zrobiłam się złośliwa, cyniczna i złaaa. do cna.

i wciąż nie wiem czego chcę od życia, więc się motam jak się tylko da :/

Komentuj(0)


godz: 01:21 data: 2008.02.2
'we're so screwed'

skończyło się to COŚ. znaczy się, czuję, że COŚ się skończyło.
COŚ= f(t, przestrzeń 3D opisana równaniem dyfuzji k5 molekularnej).

tak naprawdę to coś nie jest żadną funkcją, którą da się jakkolwiek sparametryzować. ja po prostu mam tendencje do rozstawiania w życiu pewnych ram i stąd poczucie, że jest jakiś koniec.

choć każdy koniec jest z reguły początkiem.

4 miesiące temu oczywiście nie wiedziałam czego ten koniec jest początkiem (meen, co za zdanie ^^). właściwie nadal to jest tak mgliste, że aż mnie trafia. choć i tak uważam za sukces olśnienie, którego doznałam, że na wszystko jest rozwiązanie (bynajmniej nie analitycznego równania regresji XD).

od kilku dni mam jakieś zadzwiające po prostu napady czułości do właściwie wszystkiego co potencjalnie może zostać w taki sposób napadnięte.

i miałam koszmar. o własnym ślubie. brrr. Komiś, masz rację, że to tam w mózgu coś nie ten. bo to stąd chyba pochodzi...

chciałabym się znaleźć teraz na zielonej trawie, gdzie przestanę odczuwać niemoc w związku z ilością rzeczy, które mam do zrobienia. gdzie nie dotknie mnie chmura strachu przed tym co nieuniknione, a na co ja nie jestem gotowa. że zapach pobliskiego lasu i śpiew trznadla mnie uspokoją. nadadzą sens temu, co chcę robić i na co mam w danym momencie ochotę. że moja skóra muskana lekkim wiatrem ożyje na nowo, by krzyczeć światu, że jestem w nim zakochana. i już nie dotyczą mnie ograniczenia toksycznej miłości. albo dorosłam do niej na tyle, by z nią żyć. i jaskółka nade mną przeleci tuż przed kroplami wiosennego deszczu. a ja będę leżeć, patrząc jak motyle chowają się pod liście.
i NIC mnie już nie będzie dotyczyć poza tym skończenie dobrym rytmem. tu nie trzeba słów, liczb ani równań. to wymyślił człowiek, by założyć uprząż mojej zielonej trawie i słońcu, drzewom.
nawet jak COŚ się skończy, to ja i tak już wygrałam - bo mam spokój duszy. i te wszystkie dewagacje z listopada, ta nienawiść do miasta i tego, że muszę wpisywać się w jego strukturę spowoduje, że wyzwolę się w pełni świadoma ze smogu.

mam poczucie, że ta zielona trawa jest tak blisko, tylko ja nie mogę na nią poleźć, bo oczywiście jest jeszcze tyle spraw. i tylko przypomina mi się dzień, kiedy naćpałam się kawą i czułam, że umieram. pewnie zabiłam w sobie tysiące jakichś cząstek, ale wiem (!) że to nie dla mnie. to wszystko to tam.

ale mam chaos twórczy w mózgu. oczywiście z wielkich planów napisania czegoś zwięzłego i mądrego wyszło wielkie śmierdzące kupsko.
cóż. Gombrowicz byłby dumny. nie jestem formą.

gloria, gloria in excelis eoli...

Komentuj(0)


godz: 22: 57 data: 2007.11.23
system

fts, fts...

tylko tyle mi przychodzi od dłuższego czasu do głowy. przypieczętowaniem tego był dziś widok pewnej staruszki...właściwie takie widoki to na swój sposób codzienność. takie totalne starcie. staruszka vs. nowoczesny świat. patrzę na nią dziś, pod Złotymi Tarasami i z żalu pytam, czy pomóc jej przejść przez ulicę. najbliższe przejście bowiem jest daleko, a widzę do czego się przymierza. a to chyba jedna z najruchliwszych warszawskich ulic. zgarbiona, w czarnym płaszczu, zielona chustka okrywa głowę, a w rękach torby wyglądające na ciężkie. a wokół? setki ludzi gdzieś się spieszących z klapkami na oczach, jakby nic nie istniało poza ich celem. zapewne odległym, choć dość prostym. prócz tego miliony lamp z każdej strony oświetlających scenerię. ani jednego drzewa, tylko marne donice z resztkami zieleni. i mnóstwo szkła, mnóstwo nowoczesności.

słowem: bleeee.

starcie tytanów, gdzie wiadomo od razu kto wygra. staruszka w czarnym płaszczu nie ma szans. nikt nie zauważy jej, nawet w blasku lamp, pośród nowoczesnych i kontrowersyjnych fasonów z h&m albo najdroższych spodni z zary. jej małe, zmęczone stopy, w staaarych butach niczym na pozór się nie różnią od nóg w skórzanych kozakach, także tych nad kostkę, których widok przyprawia mnie o mdłości. bombkowate sukienki do grubych rajstop. zresztą nieważne. mimo woli wpadam w ten system, bo muszę. czasem nie mam wyboru. i tylko mam chęć:
"spędzę w ogromnym lesie długie tygodnie
zapomnę to co proste i wygodne
gdy wszystkie demony podejdą blisko
gdy cisza i ciemność przerośnie wszystko
wtedy pójdę dalej jeśli starczy mnie
tak trudno jest zbudzić się po długim śni
"


gdzieś tam jakiś niesmak z julką. moje zmiany. tam głęboko i na zewnątrz. prawdę mówiąc nie zamierzam siebie oceniać.

duszo! nadchodzę! tańcząca z wilkami. polecam.


Komentuj(0)


godz: 23:43 data: 2007.11.19
eko w Łowiczu i zawirowania serca...

ah...

Komentuj(0)


godz: 00:18 data: 2007.10.7
czy to aby nie za dużo?

to jeden z tych harcerskich weekednów. choć jego przygotowanie zaczęło się o wiele wcześniej...

to jedna z tych nudnych notek, gdzie ja chyba sama chcę siebie postawić przed pewnymi faktami, a nie chce mi się ich spisywać na kartce, bo co ja potem z nią zrobię?

nie będzie filozofii. i refleksji...no, chyba, że nie umrę z niewyspania.....

spotkanie drużyny naczelniczki.
zaczynam się na nim zastanawiać nad wieloma rzeczami, refleksje to naprawdę na koniec albo jutro...ale tak. co ja właściwie robię. żeby było jasne, bo to ważne :| i czy ja to robię realnie?
  • drużynowa od 12.2004 (realnie- średnio)
  • komendantka Szkoły Zastępowych od 10.2005 (realnie- prawie dobrze)
  • pełnomocnik ds. wychowania przyrodniczego od 04.2007 (realnie- mało)
  • bibliotekarka Okręgu od 02.2006 (realnie - średnio)
  • członkini kapituły sam. przy 131 od hmmm? 08.2006 (realnie - tyle, ile trzeba)
  • członkini/sekretarz/szara eminencja kapituły wędr. od 05.2007 (realnie-nic, bo nic się nie dzieje, choć i tak sporo, bo ja ją wymyśliłam)
  • opiekunka licznych stopni (to może dalej)
  • delegatka z referatu na Mławę i Ostrołękę od 10.2007 (realnie - na razie tyle ile trzeba)
  • opiekunka drużyny z Legionowa od 10.2007 (realnie jeszcze nic, ale mam plany, a to już coś)
zasadniczo sprawdza się powiedzenie, że im więcej rzeczy na głowie, tym się je robi mniej dokładnie...nie-gites. ale. to nie tylko to.
i opiekunka na stopnie-to miałam na liście do zrobienia
żółwiowa - sam. - do zamknięcia w 10.2007 (niezbyt)
magda ś. - sam - do zamknięcia negatywnie (niezbyt, błe)
tina - sam. - do otwarcia teraz (staram się bardzo)
ewa pietrzak - wędr - otwarta (trzeba pilnować bardzo)
karolina kłosińska - wędr. - do zamknięcia (szybko)
kasia kozłowska - wędr. -do otwarcia (trza rozpisać)
dziewczyny z legionowa? :| asia, ania i ela?! help?


szit. stać mnie na więcej. a to tylko harcerstwo. a jeszcze koło, szkoła, dom. nie, idę spać. zastanowię się nad sobą jutro :P jak znajdę chwilę czasu.

boże, i ta startówka jutro...oby przeżyć, będzie po krzyku i koniec dużych imprez do organizowania....przynajmniej na phm :)
spaaać....


Komentuj(0)


godz: 02:13 data: 2007.10.4
czego tu więcej oczekiwać?

5 rok. zacny 5 rok. te 4 minione lata obligują do pewnych przemyśleń.

5 rok. co za mną? pamiętam nienawiść do tych studiów, to że nie są psychologią tylko jakimś pieprzeniem o stałej słonecznej...na meteo. a potem przyszedł czas na wyzwania i na geomorfologię. a potem na mikołaja. i na dominika wreszcie. najpiękniejszy czas w moim życiu. i czas botaniki, fitosocjologii i wielu innych. a także czas rozczarowania wymarzoną psychologią i aktywizacja na polu harcerskim.
4 lata nadziei
trosk
włączania trybu pracoholizmu
wyłączania w/w trybu
buntu wszechmocnego i wszechogarniającego
fascynacji światem przyrody i bądź co bądź innym światem
zdrad, pożegnań, przyjść i odejść oraz powrotów
efektownych i mało efektywnych kłótni
miłości szeroko i wąsko pojmowanej
nauki :]
msosiowych szaleństw-imprez, ognisk, wyjazdów itepe

to bardzo fascynujące. mam tak wiele msosiowych wspomnień, tak wiele łez w oku mogłoby mi się zakręcić. bo jestem bardzo sentymentalnym stworzeniem. tak wiele kojarzy mi się dobrego z tym okresem. ale tak wiele złego mnie wtedy spotkało. tak wiele nieprawdopodobnie dziwnych rzeczy mi się przydarzyło. nauczyłam się całkiem sporo - że bez sensu jest zgadzać się na bezwarunkową miłość i wcześnie zaręczać. że bez sensu jest też zgadzać się być na zastępstwo i na zawołanie. że zdrada też jest bez głębszego sensu, choć wiele rzeczy uświadamia i pokazuje niedopatrzone braki gdzie indziej. że ludzie potrafią momentalnie zmieniać zdania. i co gorsza-migają się od odpowiedzialności...

i co gorsza po tych 4 latach nie mam właściwie sprecyzowanego planu na dalsze 5 lat życia. dotąd wszystko było w miarę proste i łatwe. i trudno było gdzieś się w tym zagubić...chociaż...czy nie zagubiłam się w spokojnym i statecznym (na pozór) życiu? czy zbyt wiele mi nie umknęło?
teraz próbuję czerpać pełnymi garściami ratując się jeszcze dodatkowym rokiem urlopu, który spotkał się z jako taką akceptacją. ale nie z wiwatem.

breve regnum czy jakoś tak.


pozostaje po tym wszystkim pewien specyficzny smak. jakiego nigdy w życiu już pewnie nie zaznam. będą inne smaki, ale tylko ten tak wyjątkowy. tylko tutaj tacy ludzie i takie wydarzenia. tylko oni.
nieustannie czas gna do przodu. zostaje coraz mniej chwil z nimi. coraz bliżej do tej ohydnej rutynowej części dorosłości. coraz bliżej do zatracenia siebie, swojego buntu i marzeń. bo na nie prędzej czy później przyjdzie czas odstawki.
nie wiem, jak można z tego czerpać przyjemność. nie wiem, jak można tego pragnąć.
nie wiem jak wytrzymam to wszystko, co mnie czeka. bo choć obiecuję sobie, że będzie lżej, to będzie tylko ciężej. ale co mi tam. dlaczego mam nie realizować swoich zamierzeń?
bo co?
bo kiepsko płatne?

początek października. 5 rok. a ja mam natłok wszystkiego. i wszystko pilne. i nic nie może zostać olane. wszystko niesamowicie pilne, ważne. każdy czegoś chce.
bez kitu czuję się zagubiona. odkryłam na nowo iskrę działania w sobie, ale w takim tempie eksploatacji szybko wygaśnie. nie ma mowy, żebym pojechała za tydzień na warsztaty. to jest fizycznie nie do wytrzymania...choć...

wyśpię się i zobaczę. może poranny deszcz da mi energię? czekam na niego codziennie i nic. a pogoda typowo jesienna jest wybawieniem dla moich smutków. bo tylko to mnie cieszy na ten okres roku.
a. i kolorowe liście znienawidzonego dębu czerwonego. i nadal nie wiem, czemu mam 4 ze strategii ochrony...czyżby za podjęcie próby dyskusji? świetnie. faszytka przecież jestem i koniec. pfff.

Komentuj(0)


godz: 23:55 data: 2007.09.27


pozytywniej. do przodu. ciut bardziej zmotywowana. ciut bardziej doceniona przez siebie samą. ciut mniej do załatwienia.

ciut bardziej przerażona brakiem wpisów. ciut bardziej przerażona zbliżającymi się Startówką i koniecznością oddania zaliczenia kursu, którego nie zrobiłam jeszcze. i nie zrobię raczej dobrze.

kurwa.



ale mimo wszystko jest dobrze. udało mi się dziś zmusić siebie do pójścia na warsztaty. kolejna moneta do skarbonki z inwestycją w samą siebie. cudownie.


a pogoda wieczorem jakaś mglista, deszczowa.
piękny sweter. wymarzona gazeta. tylko wciąż nie mogę planu napisać i porządku zrobić...

i pozbawiona gwiazd noc. z aniołami lub bez w przestworzach. i rozwalające się samoloty w mojej głowie. mają na pokładzie setki myśli, nadziei i pretensji. głównie do siebie. bo do świata ich mieć nie warto.

i co? i idę spać. bo to jest proste. a potrzebuję prostych rzeczy. nie wymagających myślenia i stresowania się nimi.

a w górach jest śnieg. i Tatry wzywają mnie coraz głośniej. a ja asertywnie odpowiadam NIE. oczywiście absolutnie wbrew sobie.

i właściwie nie frustrują mnie już modne laski na ulicach. wciąż w tych samych pięknie szarobrązowych spodniach, skórzanej torbie na ramieniu i w rudym płaszczu z grubego sztruksu wędruję ulicami podśmiewając się nad ludźmi goniącymi za czymś, czego ja nie umiem docenić. cooo mi taaaam. przecież ja jestem ponad. a przynajmniej być muszę.


Komentuj(1)


godz: 23:45 data: 2007.09.26
refleksyjne wieczory

koniec filmu, wychodzę z kina. mniejsza, czy film wart był tych 15 zeta wybulonych bez głębszego zastanowienia. załóżmy, że był.
oto wychodzę z powrotem w świat reflektorów i lamp, świat wystawnych wystaw z drogimi (w przewadze) rzeczami. rzeczami, do których sama nieraz nazbyt się przywiązuję. przez myśl przelatuje mi, co mogłabym sobie kupić, co mi się podoba, a co właściwie jest mi potrzebne. i na tym koniec refleksji na podstawie wystaw markowych sklepów. w centrum handlowym. o, przepraszam, jest jeszcze chwila zastanowienia czemu zwykła bluza kosztuje ponad 200 zł i czy znaczek takiej-a-takiej firmy jest na niej niezbędny. i przeraża mnie to. choć, z drugiej strony, jak tu inaczej zbudować imperium swojej firmy, jeśli nie na bluzach wartych pewnie koło 50 zeta za ponad 200.

wychodzę na zewnątrz i już nie słyszę upierdliwej muzyki, nie widzę setek kobiet ubranych modnie, ładnie, do tego zadbanych i sprawiających wrażenie szczęśliwych. mają wysoko uniesione głowy i ściskają mocno swojego chłopaka, żeby przypadkiem im nie odfrunął jak balonik z helem. a same wyglądają jakby zaraz miały odlecieć ze swoją nieznośną lekkością-są tak chude, że po pierwsze łapię kompleksy, a po drugie myślę, że to obrzydliwie modne. i już mi lepiej. a więc - wychodzę z tego sracza dla bogatych i szczęśliwych i jest ciemno. światła nie świecą już tak mocno (alleluja!), za to słychać odgłosy miasta. i w tym przyciemnionym obrazie wielkiego centrum pojawia się starszy pan, który chodzi z szufelką (oczywiście taką nowoczesną i kolorystycznie pasującą do imejdżu rzeczonego centrum) i zbiera śmieci z wybrukowanej (odpowiednimi kolorami i kształtami kostek) alejki i z placu.
zastanawiam się o czym myśli?
-czy zazdrości po prostu ludziom, którzy tu przychodzą? zazdrości młodości, głupoty, czasu, pieniędzy i obrzydliwej wręcz rozrzutności? i czy sam przed sobą potrafi się do tego przyznać?
-czy może ma dość gnojków (młodzieży i dorosłych), którym się wydaje, że są panami wszechświata i mogą robić co chcą, byleby przechodząc obok niego mogli go poniżyć wzrokiem? czy może przestał zwracać uwagę na pobłażliwe spojrzenia?
-a może w ogóle ma to wszystko gdzieś i się nie przejmuje?

i zastanawiam się, jak wiele osób w ogóle obchodzi to, że on pracuje i sprząta to, co jakieś pacany rozrzucą wokół. nie mogę przez chwilę znieść myśli, że jedni kupują w środku bluzy za ponad 200 zeta, a inni wokół sprzątają ulice. gdzie ja wyląduję za X lat? przyznam, że nie chciałabym być na żadnym ze wspomnianych miejsc. bo boję się już teraz, że kasa zasłoni mi możliwość patrzenia na takich ludzi jak ten pan z normalnej perspektywy...
i nie mogę znieść, że niektórzy lekceważą jego pracę...

a potem-już bliska skończenia rozmyślań na poważne tematy idę na przystanek. i zauważam tablicę pamiątkową, ale jest ciemno, więc nie widzę liter. wzrok kieruję 10 cm wyżej i znów widzę banner centrum, z którego wyszłam. koło mnie i koło tego głazu przechodzi dziennie tysiące ludzi. a ilu go zauważa? przecież centrum-tak pięknie oświetlone wabi promocjami, to po co tu pamiętać o historii? historia spowita w mroku kiedyś zostanie stąd wyrzucona. bo chodnik trzeba będzie poszerzyć. żeby więcej ludzi dochodziło do centrum. uśmiecham się ironicznie pod nosem.
centrum płaci furę pieniędzy na iluminację swoich szyb, reklam i głupich haseł. a takiego małego pomnika, ładnego i zadbanego nie oświetli nikt. i zginie on w gąszczu toreb z zakupami. a zaraz po nim zginie pamięć. a potem to już tylko kwestia czasu jak pogrzebiemy siebie samych. bez historii, bez pamięci, bez szacunku.

a młode pokolenie zadaje sobie pytanie-kim jestem w zjednoczonej Europie? więc odpowiadam: ćwokiem...

Komentuj(2)


godz: 22:44 data: 2007.09.20
dwa słowa i dwie myśli

Futurama -właściwie to 2 aspekty. rodzicielstwo samoakceptacja. polecam. naprawdę dobre... x]

ołk.
Futurama obejrzana ku mej wielkiej radości i po części rozpaczy, ponieważ to jakiś koniec. i nie bardzo wiem co dalej. a przecież musi istnieć jakieś "dalej".
[zasadniczo liczę, że dorzucą w końcu nowe odcinki i będzie po problemie]

a tak poza tym to zaczynam dochodzić powoli do korzeni problemu. otóż objawy są oczywiście bardzo proste i trudno powiedzieć, żeby nie można było na to wpaść wcześniej. panicznie boję się rozmawiać w sprawach, które zawalam. wiem, to nic nowego i ma tak większość ludzi na ziemskim globie. ale to, jakie ciśnienie powoduje we mnie istnienie niezałatwionych spraw i nieodbytych a koniecznych rozmów jest nie-do-zniesienia. i powinnam, mając tę wiedzę, co jest nie tak, walczyć z tąże wadą poprzez aktywny nad nią trening. a tymczasem pogrążam się jeszcze bardziej i boję się, że decyzje przeze mnie podejmowane teraz zaważą znacząco potem. i znów się nie pozbieram. nie znoszę tego strachu. nie znoszę tego przymusu, który budzi mnie co rano na nogi i każe ślepo iść do przodu. nie znoszę tego!

do Startówki jestem uwięziona w naprawdę całkiem kiepskim położeniu związanym właśnie z zaleganiem z tysiącem spraw do załatwienia. I o ile po wczorajszym dniu jest już nieco do przodu i dziś wykonane telefony naprawdę zbliżają mnie do celu, to jednak nie jest mi z tym wszystkim dobrze. nie wiem, co się tak naprawdę dzieje. nie mam siły. do robienia tego wszystkiego (i nie chodzi o siłę fizyczną), do organizowania i ogarniania. a gdybym miała, wszystko byłoby 100 razy lepiej. wrrr. pytanie, czy ja się starzeję? czy po prostu mam dość? czy to może wypalenie i potrzebny mi kop motywacyjny? ale skąd go wziąć skoro sprawdzone sposoby nie pomagają?

załóżmy też, że od dziś mam jako taką wizję tego, co będę robić w przeciągu najbliższego roku. ale muszę nad nią nieco popracować i przede wszystkim mocno się poorientować. i niestety może być tak, że nic z tego nie wypali i będzie kicha i rzeczywiście wzięty przeze mnie urlop pójdzie kopać rowy melioracyjne...ale póki co nie zakładam tej wersji...z optymizmem-cała naprzód ku nowej przygodzie! jupi-ja-jej!

Komentuj(0)


godz: 20:16 data: 2007.09.18
to-do things

mam nadzieję, że do końca września...huh. wyzwanie. kolejne. jak jan...e, no tak :) w każdym razie wyzwanie xP

  • zadzwonić do Gosi Wypych, pogadać i dokończyć zadanie na phm. (prezentacja);
  • nauczyć się typologii i ją wreszcie zaliczyć; (24.09)
  • wyjaśnić wpis z polityki, technik i z cholernych strategii :/; (19.09)
  • napisać konspekt pracy mgr;
  • i uzyskać wpis z seminarium;
  • złożyć indeks!!!!;
  • napisać podanie o stypendium Ministra i odbić do niego załączniki :);
  • wysłać zgłoszenie na Ekoedukację;
  • dokończyć robotę ze Startówką;
  • napisać plan pracy gromady;
  • i zespołu ds. przyrody;
  • sprawdzić plany gromad i napisać MĄDRE komentarze;
  • zrobić ..... kartkę; (20.09)
  • i ...... też;
  • prezent dla Marty na ślub dokończyć i kupić wałek; (21.09)
  • zrobić spis prób, których jestem opiekunką i które są do otwarcia/zamknięcia/na połówkę;
  • zrobić porządek z wycinkami z gazet;
  • pójść na badania na studia, co powinnam zrobić w marcu :];
  • umówić się z Gosią na OSTATECZNE rozliczenie kolonii;
  • zrobić jej podziękowanie (wreszcie);
  • umówić się z Gosią G. na warsztaty w listopadzie;
  • pójść na ściankę (i kupić trampki);
  • zorientować się co z Gospelem;

    (szit, od groma tego :/)

  • zrobić porządek w pokoju - sterty i kupki książek i papierów...;
  • spotkanie w sprawie zespołu przyrodniczego;
  • przeczytać gazety;
  • zacząć (!) się mądrzej odżywiać; (20.09)
  • uprasować rzeczy z szafy;
  • zrobić Julii prezent :/;
  • i oczywiście obejrzeć jeszcze 15, 14, 13, 12, 11, 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 odcinków Futuramy :] (z 51 odcinków...a jakoś po 15.09 dodali dwa nowe :D)
  • ....
huh. powodzenia....

Komentuj(0)


godz: 16:44 data: 2007.09.18
oh my, oh my, oh my...

talerz pełen jedzenia. jama ustna i wytwory ślinianek. gardło, przełyk i przez zwieracz wpustu do żołądka (chyba że nie daj Boże pójdzie w oskrzela, no to ehe ehe ehe i z powrotem w przełyku...). tam HCl, podpuszczka i dalej prosto do dwunastnicy, gdzie już czekają trypsyny i żółć i amylaza itp. i teraz wchłaniamy panowie, wchłaniamy. a reszta do jelita grubego, jakiś odsys wody no i na koniec cudowna defekacja.
i znów. i znów. i tak całe życie.
i proszę nie mówcie, że życie nie jest zasrane...

ale leje. pogoda pod psem-zdecydowanie. a jeszcze przed chwilą było tak cieeeepło. właściwie to lubię deszcz i nie mam nic przeciwko, żeby padało. ale też zdecydowanie wolę być wtedy w zaciszu domowym. i delektować się suchymi skarpetkami. bo to jest w burzach i deszczach najgorsze-mokre buty i skarpetki...brrr.
byłam dziś w legionowskim lesie. właściwie od wczoraj jest jakoś inaczej. prócz tego, że nadal jestem ze sobą w miarę pogodzona :P to D. zachowuje się inaczej. docenia moje starania, jakie by nie były. a ja mam jakoś lepszy nastrój i więcej chęci do rozmawiania. czyli dwie cechy, które były nam potrzebne jakieś 1,5 roku temu. żeby rzecz jasna cokolwiek z tego związku uratować. a teraz jedyne co nam zostaje to pocałunki skalane samotnością. i przytulenie się w borze (świeżym chyba), wśród wrzosów i chrobotków. świetnie. jakieś tam przebąkiwania o wspólnym mieszkaniu. w ogóle o mieszkaniu. i kategoryczne NIE. dla czegokolwiek wspólnego.
i sama teraz nie wiem, czy to dobrze czy źle. czy jednak czuć ulgę, że nie żyję z ciągłym strachem u boku, że "coś". tego "coś" było nieraz tak dużo. i ciągnęło się miesiącami, bo ja już nie widziałam sensu w roztrząchiwaniu pewnych spraw, a on wciąż i wciąż na nowo chciał coś rozważać. i nadal nie wiem, czyje podejście było lepsze.
czy to, że nie przepadam za brokułami miało w ogóle jakieś znaczenie? a czy ilość zjadanych dziennie pomidorów mogła mieć jakiś wpływ na cokolwiek? te pytania z jednej strony wydają się kretyńskie, z drugiej zaś są koniecznością, gdy podejmuje się decyzję o rozstaniu. jakkolwiek nie byłaby ona słuszna.
ja nadal nie wiem czy to dobrze czy źle. czy żałować, że stracę w jego życiu wszystkie takie cudowne dni, jakie moglibyśmy spędzić razem? czy ich byłoby więcej niż dni przepełnionych złością i fukaniem? ha. dobre pytanie. na które nie ma odpowiedzi.

kiedyś, po takie wyprawie wróciłabym na maska zdołowana tym, że on już nie chce, żebym była jego. a ja do tego wszystkiego się przed nim płaszczę. dziś ogarnęła mnie tylko raz chyba melancholia, gdy siedziałam na jego kanapie i przypomniałam sobie pewnego sylwestra wspólnego, pierwszego chyba, jak byłam zauroczona choinką i stołem pełnym pyszności, gdy wróciliśmy z imprezy, około 2 czy 3. i porannym przepysznym śniadaniem. i mój płacz...no, nieważne. tak-to były piękne chwile...i teraz tylko tęsknię za nimi. za jedyną nocą, jaką u niego spędziłam. bardzo spokojną nocą.

i tak właśnie. chyba zdrowieję z ran. chyba ta zgodność z samą sobą i powrót do zaniedbanych na jego rzecz ideałów idą w dobrym kierunku.


byłam dziś w sklepie. postanowiłam na powrót o siebie dbać, a nie te co-wieczorne akcje od ponad 3 miesięcy...ble. koniec. musi mi się zachcieć. wieczorem zrobię sobie listę pierdół do odwalenia. i będę je systematycznie skreślać, aż nie zostanie żadna i osiągnę pełen (aj hołp) sukces. a póki co idę po kanapkę z szynką i dokończe oglądać 2 odcinki Futuramy, które bezlitości ukrócił system jakim łindołs jest. o. i będę szczęśliwa.
a przynajmniej taką maskę wybieram na dziś...



Komentuj(0)


godz: 23:06 data: 2007.09.16
"Another pointless day where I accomplish nothing... ahhh..." Bender xP

przesiąkam Futuramą [kliknij w link :]]. cudownieeee :)
(z akcentem na drugą sylabę od końca of korz)

ok. ale tak naprawdę to dzień oczywiście znowu z serii "nie zrobiłam nic i się z tego cieszę". aczkolwiek czwartek był mega kryzysowy do tego stopnia, że nie chcę wracać do uczuć z tamtego dnia, więc staram się choć jedną rzecz zrobić dobrze w danym dniu. dziś mi się nawet udało.
zaczęłam załatwiać co nieco ze startówką i potem zostałam już na freta. to zastanawiające-przynajmniej dla mnie-czemu tam trafiam kolejny tydzień. znaczy takie było moje postanowienie, zresztą od wielu miesięcy i to, że udaje mi się je realizować jest naprawdę powodem do dumy! ogromnym. taki mały sukcesik poprawiający humor. jeszcze tylko zacznę regularnie chodzić na ściankę w miarę i poczuję się bogiem.
a właśnie. to mnie fascynuje. moja wiara. ongiś, to znaczy z 5-6 lat temu, nasycona miłością do Stwórcy po pobycie u przyjaciółki w górach mogłam przenosić owe góry. Bóg był w całym moim życiu, wszystko było naprawdę prostsze, wszystko można było wytłumaczyć, ze wszystkim się pogodzić...dziś, po tych kilku latach poszukiwań i próby odnowienia czegoś w rodzaju "zaufania", dochodzę do zakrętu, na którym jest dużo pytań. trochę mnie przeraża, bo już zaczynam się z nimi ścierać, a co będzie jak przyjdzie co do czego? hm. zaczęłam na nowo poszukiwać, gdy okazało się, że moja wiara budzi we mnie pokłady kompleksów oraz (co najgorsze) niesamowite poczucie winy z różnych (dziś absolutnie błahych) powodów. znaczy to mniej więcej tyle, że przez wzgląd na chrześcijańskie "ja" dołowałam siebie samą, ponieważ byłam "zła". dziś-już dorosła, w życiu bym o tym tak nie pomyślała. ale rozumiem siebie sprzed tych paru lat. i się sobie nie dziwię...i dziś staję przed Jego obliczem i zastanawiam się, czy jestem w stanie się tak mocno zaangażować, jak ci ludzie co tam stoją tuż obok, nieco dalej. patrzę na niektórych z nich, widzę, że są przepełnieni tą miłością, tym zaufaniem, którego mi brak. i nie wiem czy chcę coś robić, by je odbudowywać. nie z lenistwa tylko bardziej z ostrożności i ciut z przekory.
swoją drogą strasznie żałosne wydają mi się wypowiedzi podczas modlitwy powszechnej w stylu podziękowaniowych wyznań, że on mi się pięknie oświadczył i teraz to tak cudownie przeżywam. super. trochę chyba też dlatego średnio mnie tam czasami ciągnie-dwa słowa o zaręczynach i robi mi się niedobrze.
a teraz-kiedy wydaje mi się, że jestem poukładana i w miarę w harmonii i w porządku z samą sobą w kwestii posiadania narzeczonego czy nawet wielbiciela, patrzę na pewnych dwoje przede mną i ściska mnie w splocie słonecznym i łzy cisną się do oczu. nadal gdzieś głęboko jest ta urażona, zrozpaczona samotnością istotka.

samotność każdego dnia, zwłaszcza rano i wieczorem. nawet bardziej wieczorem. a rankiem, gdy się budzę i nie ma go obok. nawet, gdy go nie było, to wystarczył telefon, żeby mnie przytulić. chociażby kołdrą, żebym nie marzła (chociaż zaczęli grzać!). i to było takie niesamowite. takie małe rzeczy, które tworzyły otoczkę kogoś w moim życiu. kogoś, bez kogo teraz jest strasznie inaczej i przez to strasznie trudno.

to nie chodzi o parcie. chodzi o to, że nagle ucina się dopływ tlenu do mózgu. no i skutek wiadomy...



a tak na pocieszenie:
Hermes: Happy Xmas, Xmas people! Xmas cards have arrived! Xmas! Amy, there you go, Fry, Professor, Zoidberg, a mighty haul for Bender.

Bender: Yes! I got the most! I win Xmas!


żeby to było takie proste. żeby wystarczyło wygrać miłość...

a nie wiecznie przegrywać :/


game over.



Komentuj(0)


godz: 22:15 data: 2007.09.15
Cookie crisp

Cała na przód-ku nowej przygodzie!

moja historia z blogami jakimikolwiek właściwie na dobre rozpoczęła się dwa lata temu. właśnie jakoś po Ecco Walkathonie. wtedy wszystko było takie inne. wtedy nawet nie myślałam i nie zastanawiałam się jaka będę za rok, czy w ogóle jakaś będę? czy się zmienię?

potem, okazało się, że blog - upust myśli i słów dla mnie, dla niektórych całkiem niezła lektura, może okazać się kartą przetargową.
to nie jest takie zabawne, jakim mi się przed chwilą wydawało.

i mam ochotę na płatki z mlekiem. a tak tylko pozostaje wciskać w siebie zbożowe Cookie Crisp. pyyycha. tylko mleka brak. szit.

kolejny ślub. kolejny jest też za tydzień. zasadniczo ślubów w ogóle jest dużo, zwłaszcza w takiej wiejskiej metropolii, jaką Warszawa jest.
jedni cierpią z miłości nieodwzajemnionej (znam takich), inni z miłości zakończonej (takich też znam), inni z braku miłości (hm...). miłość, miłość, miłość. "przepraszam, masz parcie na miłość?". może nie parcie, ale monopol jakiś wręcz na pisanie o jej skończoności i nietrwałości. ah, jakie to trudne i urocze zarazem.
pomyśleć, że nie tak dawno zaliczałam się właśnie do tych najszczęśliwszych na świecie osób, które były pewne, że miłość trwa wiecznie bez względu na to, co się dzieje po drodze. bo przecież jak się dwoje ludzi kocha, to przejdą wszystko. i teraz nie wiem, czy byłam głupia czy naiwna i czy to źle tak w ogóle?

i budzą się we mnie pierwotne instynkty (bynajmniej nie chodzi o buty ecco, wypatrzone dziś bystrym okiem wśród setek szpilek i niedorobionych adidasów na podeście). i żądza adrenaliny, każąca wyjąć tę chorągiewkę z gruntu. wwwrrraaauuu :P mission complete xP a jaka frajda dookoła. i podpieprzyć taśmę :] retyyy, jakie szczeniactwo. ale dzięki temu zostałam jedną z dwóch Miss Ecco. drugą jest Komiś. chociażby dlatego, że ma gwarantowany współudział w dokonanych zbrodniach. cudownie. dusza przepełniona zwycięstwem. i trofeum wala się po mym pokoju.

czego to się nie robi, by choć odrobinę wyrosnąć z dorosłości?

Komentuj(0)


godz: 23:34 data: 2007.09.12
dzień jak każdy inny?

jakoś tak chyba niekoniecznie. stresuje mnie, że kolejny dzień siedzę w domu robiąc wielkie NIC pod przykrywką robienia tysiąca rzeczy. prawda jest taka, jak stare chińskie przysłowie...czyli im mniej na głowie, tym człowiek jest mnie wydajny. świetnie. strasznie to budujące.

zasadniczo...mam jednak swoje małe zwycięstwa. na przykład udało mi się wczoraj ani raz nie popłakać. udało mi się też nie myśleć za dużo o stanie obecnym rzeczy. dziś z kolei udało mi się namalować prezent dla maty na ślub, zrobić porządek w zakładkach, obejrzeć parę odcinków futuramy, polakierować drewno do decoupage'u... szit? właśnie skalkulowałam ile mi się dziś właściwie nie udało. cudownie...jutro znów wstanę rano z tą cholerną nadzieją, że podbiję świat i jak zwykle to świat podbije mnie. chrzanię taką robotę.

och! i jeszcze udało mi się dodzwonić do sławskiego w sprawie egzaminu! i nawet podchodzę do tego pozytywnie. hm. w ogóle podchodzę do studiów pozytywniej niż jakiś miesiąc temu. chyba.
znaczy...hm. nie żeby mnie to męczyło, ale jakoś tak nie odczuwam wakacji. heh. z własnej nieprzymuszonej (no, załóżmy) woli i chęci. nie ma to jak bekać po swoich własnych decyzjach.

nie pada. a mogłoby. uwielbiam jesień. każdą. taką złotą, piękną, która kopie mnie w tyłek, żeby ruszyć w plener i w teren. i taką deszczową, która każe przeglądać pamiętniki z okresu, kiedy byłam szczęśliwa. bo był dominik. cóż. nie znoszę natomiast tego, że jest zimno i nie grzeją. takie przejściowe okresy są najgorsze, bo mam zimny nos, ręce i chyba to też jest powodem, że nic mi się nie chce.

i rozmyślałam sobie dziś o czerwcu. o tym, jakie to było fascynujące wyzwanie uwieść janka. taaa. misja spełniona. game over? właściwie ciężko stwierdzić, bowiem powiodły się moje zamierzenia, a to, że przy okazji w mózgu mi się pochrzaniło...skutek uboczny. niezamierzony. więc właściwie status jest: mission complete. tylko dlaczego myślę o jego dziewczynie?! yh. odnajdywanie męskich ust na sobie i czułego dotyku było z pewnością niezłą cegłą, którą w siebie wbudowałam. to nic, że cegła okazała się ostro felerna i zburzyła (umówmy się - nieświadomie jednak) to i owo. w pewnym sensie to i dobrze. bo budowanie wiecznie tego samego syfu trochę było pozbawione sensu. teraz przynajmniej są gruzy, które jako tako staram się zmieść do gruzowni i planuję z naczelnym architektem projekt odbudowy. zastanawiam się tylko czasami, czy to w ogóle ma sens. jakikolwiek, bo nie mówię o czymś większym.

obiecuję sobie tysięczny raz, że powiem wreszcie dominikowi (twarzą w twarz), że nie mogę trwać czy być w związku, w którym celem jest inwigilacja i upokorzenie. i niedowartościowanie męskiej strony. przecież to bzdura. i dlaczego ja mam się zgadzać na takie, a nie inne warunki, skoro one mnie krzywdzą i każą się płaszczyć?
tiaaa...
i jak zwykle się płaszczę. próbuję resztkami sił, bez nadziei czasem, ratować to, czego uratować się nie da. tylko do mnie to wciąż nie dociera. wciąż powracają myśli o zakopanem, szczawnicy. o wielu innych miejscach także. i co ja z tego mam? nic. absolutnie nic. poza gruzowiskiem, rzecz jasna. i brnę tam dalej gdzieś szukając wspomnień gdzieś głęboko. zamykam oczy i odlatuję w wyobrażeniu czułego dotyku mężczyzny mojego życia. mojego niedoszłego męża. i bach - dzwoni telefon. świetnie, zapomniałam zapłacić rachunek.

....?
i co będzie dalej?

Komentuj(0)


godz: 00:30 data: 2007.09.11
lol? kek? ..... huh :|

żałobę ogłaszam na dzień dzisiejszy.

2 lata temu to był najcudowniejszy dzień w moim życiu. obecnie nie mam siły nawet na łzy.

już nie mam pierścionka na palcu. nie ma obróżki. nie ma owieczki. nie ma nas. mnie chyba też...

bez odbioru.

Komentuj(0)


godz: 23:11 data: 2007.09.10
i potem każecie mi podejmować dorosłe decyzje

jestem wzruszona. i przejęta. wskroś przebita różnymi strzałami...

>>--1--->
otóż niestety okazuje się, że bez względu na to, jak człowiek pracuje nad swoim dobrym imieniem, może stać się powodem czyichś szykan. to straszne, że przyjaźń ze mną powinna podlegać karze. to straszne, że ktokolwiek pozwolił mi jechać na kurs phm. wiele rzeczy jest ostatnio strasznych.

i tym razem nie dowiedziałam się, że jestem puszczalska. tylko fałszywa, zdradliwa i nie można mi ufać. i znam kogoś, kto mógłby z czystej złośliwości potwierdzić te słowa. oczywiście w obu przypadkach przyczyna jest jedna: złośliwość nieskończenie nieograniczona. podobnie jak głupota dążąca niczym "n" do nieskończoności.

panie Hyb, dziękuję za intrygujące wykłady z matematyki. udowodnił mi pan, że jednak jest ona przydatna.

>>--2-->
otóż okazuje się, że tak naprawdę będąc doświadczoną nie można mieć swojego zdania. że wszystko jest niekobiece lub mało dziewczęce. i właściwie czuję się z powrotem jak 6-7 lat temu, kiedy pojęcia o zuchach nie miałam i nie rozumiałam po co mi w ogóle taka wiedza. dziś, kiedy sama tłukę dziewczynom o tym, że zabawa w wojnę jest niekobieca, słyszę za sobą, że to, co sama chcę wcielić w życie jest również mało dziewczęce. postanowiłam usunąć z fabuły jakichkolwiek mężczyzn. to chyba spowoduje wzrost kobiecości. tylko czy to tędy droga?

>>--3-->
cholera.

to przecież nie jest niecenzuralne! wolności słowa! nawet dla ludzi z zasadami! no błagam o odrobinę zrozumienia!
a niewtajemniczonym tłumaczę, że ZHR jest sektą. zabawne, że jakiś czas temu się z tego śmiałam.

choleraaaaaa. i powstrzymam się od złośliwości w rodzaju ostrzejszych słów :]/

>>--4-->
poniedziałki potrafią być diabelsko frustrujące.
i nie da się ich uniknąć. i to jest chyba najgorsze. chrzanię to wszystko i mam w dupie. nic nie kiwnę palcem. czas płynie. niech płynie. rano chciałam z tym jeszcze walczyć i coś ze sobą zrobić. obecnie, po tym, jak skończę sprzątać, zamierzam namalować wreszcie na szkle to COŚ dla maty na ślub, poczytać książkę i wypiąć się na okolice mojego łóżka. szkoda, że nie na cały świat. choć są chyba ładniejsze tyłki do wypinania na świat. niech one za mnie odwalą robotę.

>>--5-->
janek?! ple. józefów sucks. tylko z tego jednego powodu.
i Torwar zamknęli. kur...cze.

Komentuj(0)


godz: 22:58 data: 2007.09.09
śluby jakieś i postronne myśli

Pfff...
zmęczenie pokursowe-trwaj nadal!

kryzysie zacny 100 lat!

kur.....weź się za siebie!

ple. od rana po prostu maksymalna złość. bo łazienka zajęta, w kiblu śmierdzi, a od wczoraj wieczorem NIC mi nie wychodzi. a to okazuje się, że medium do spękań nie radzi sobie z porowatością drewna, a to na zdjęciu w galerii ważniejsze jest tło niż sam obiekt. faken! i ten ranek. perspektywa, że trzeba wstać i pojechać na ślub. wstać-ok. pojechać-ok. ślub-NIE ok. jakoś tak.
no, ale dobrze. właściwie...to przecież pozytywne chwile, czemu mam się tym martwić?
super-może dlatego, że nie umiem być punktualna. JA?! ja się nie spóźniam!
[tu następuje powtórna dygresja o tym, że życie męczy...nic nowego niby, ale heh. matko. wakacje, a ja padam.]
cudnie-wszystko pięknie. tylko czemu wszędzie sami znajomi, tylko człowiek szok przeżywa, że to ktoś ma dziecko. a ktoś już nie jest z kimś. tylko z kimś innym. oczywiście wszystko między kadrami drużyn...drużyn, w których kiedyś po prostu sobie byłam. młoda i naiwna.
[tu kolejna dygresja o tym, jak ongiś 20 potrafiły napieprzyć do głowy różnych strasznych bzdur i jak bardzo człowiek musi pracować nad tym, by z tego wyrosnąć i normalnie funkcjonować w społeczeństwie. huh.]

czy czynię moje życie barwniejszym przez opowieści o tym, czego nie ma? ale czy to ma miejsce w ogóle? czy krótka ściema, że u mnie wszystko ok, jest ubarwianiem? no, błagam. o czym tu rozprawiać.
"ok" to zdanie, które tak maksymalnie ucina konwersację na rozpoczęty temat dotyczący mojego życia, że nie muszę się nawet za bardzo wysilać. choć do głowy cisną mi się tysiące myśli i zdań, które mogłabym wypowiedzieć, by określić "co u mnie?", to rzucam tylko to "ok". bo po co mam opowiadać ludziom "bez wiatru w duszy" o nich? o uniesieniach serca i rozpaczy rozumu? o upadku cielesności? o oczach smutnie niebieszczących się w chmurne dni i wypatrujących nadziei za bramą kolonijnego ogrodzenia?
jasne.
nikt mi nie zabroni. niepokorna. jak nastolatka. maksymalnie zmienna. w jednej chwili pragnie być dobrą żoną i kiedyś matką. chwilę później zadziornie spogląda na młodzieńca w 26. a potem tylko prychnięcie. i fuknięcie na fotografa, bo schrzanił robotę...

i tak najprostsze bzdury z poranka stają się problemami nie do przeskoczenia. nagle rozmowy o wspólnym mieszkaniu i życiu powodują, że nie mam ochoty z kimkolwiek się wiązać.

pfff....

Komentuj(0)


godz: 22:46 data: 2007.09.02
po kursie phh...m.

Święty Jezu na bananie...(cyt. za Szyller 200?)!
to przerasta moje zdolności pojmowania. albo ja się tak zmieniłam, albo świat wokół krąży zbyt szybko...właściwie to pewnie jedno i drugie.

jestem wykończona. kursem. tym razem, od dawien dawna nie pojechana jako kadra, tylko kursantka. no świetnie. towarzystwo też wyborowe, nic dodać, nic ująć. zresztą to nie dla ludzi się jeździ. no tak. to po co w takim razie?
wydawało mi się, że jestem inna. że ja mam ochotę robić to wszystko, co robię i że mnie to nie męczy. mimo że tak naprawdę tych rzeczy jest całkiem sporo. no a tu klops. owszem-na kwz też nie miałam chęci jechać, ale pojechałam i oczywiście skończyło się happy endem, wedle mych skrupulatnych (bo inżynierskich obliczeń). a tu? niestety. nie ma łatwo. most by się pewnie zawalił z łoskotem przy takim błędzie w wyliczeniach.
otóż.
nic innego jak to, że mam dość. zwyczajnie. zamiast założyć na kurs maskę, że wszystko jest pięknie i mi się chce (w sumie to nie taka znów maska tylko lepsza strona mojej mrocznej osobowości :]), po prostu puściło wszystko. nie mam siły. więc siedziałam niezbyt aktywna. choć z pozytywnym nastawieniem...ostatniego dnia kursu maksymalnie sfrustrowana. i tylko tyle. tylko czy może aż? kurde. i wracam do szarej rzeczywistości, co zazwyczaj doprowadza mnie do szału. a tym razem nie! to pierwszy od dawna wyjazd, po którym nie ryczałam jak głupek.
diagnoza: jestem zmęczona.

właściwie trudno też określić to, co szargało mną na kursie. zero pomysłów, masa krytycyzmu. matko...co za farsa.
świetnie, że mam pomysł na siebie. ale na siebie. a na nic innego. i wszystko będzie dobrze.

a. i niech mi to ktoś jeszcze raz powie, a strzelę w ryj. nie znoszę wciskania kitu!

Komentuj(0)


godz: 00:38 data: 2007.08.20
wielgaśne BUM!


ło-ho-ho. świat wokół zmienia się niewiarygodnie szybko. tracę grunt pod nogami.
plotki i ploteczki, kto szybciej puści, w którym środowisku szybciej wszystkich obejdzie plotka. no nawet tu jest wyścig szczurów. pogoń za nie-wiadomo-czym i nie-wiadomo-po-co. choć...niektórzy wiedzą.

poznajcie olę. ola jest tą, która rzekomo miała być agatą. ojej. a może jednak nie? a najbardziej w tym wszystkim boli to, że wystarczyło nie mówić o uczuciu, które siedzi gdzieś na dnie. we mnie siedzi nadal. w Tobie nie. a więc poznajcie olę, która miała być agatą, tylko tak się stało, że kłamstwo jest u mężczyzn objawem ubocznym głupoty.

rety. a ja się zastanawiałam, dlaczego by nie pójść ten jeden krok dalej. fuuu!

no dobrze. tak czy siak, jak już dostałam po powrocie z kursu obuchem prosto w łeb, konkretnie w skronie, bo to najbardziej boli, łatwo zabić no i do krwi szybko się dostaje; to oczywiście po kacu spowodowanym bólem zrodziło się tysiąc nowych obuchów, a wszystkie znów czyhają na mnie!

mój brat nr 1: nie będziesz mieć nigdy faceta...
mój brat nr 2: hehe, dobrze powiedziane [mój komentarz: byli ostro pijani :] ]
ja: no tak, jasne. a to czemu? bo zastanawiam się nad tym dłuższy czas...
mój brat nr 1: bo jesteś zbyt samodzielna.
mój brat nr 3: [mój komentarz: właściwie to ich kumpel, a nie brat, ale niech ma...] i zbyt sobie radzisz.
ja: ciekawe z czym?
mój brat nr 3: no ze wszystkim. dużo rzeczy robisz różnych ranaz. e, naraz.
ja: cudownie. i to rzecz jasna ja mam wadę genetyczną, że robię to wszystko.
mój brat nr 2: ku chwale ojczyzny!
mój brat nr 3: a i wiesz-nie jesteś w naszym typie...
ja: ?!
mój brat nr 1:  no bo faceci mają typy i...
ja: wiem, cwelu.
mój brat nr 1 [zmieszany, że posiadam tę tajemną wiedzę druidów]:  i  Ty nie jesteś w naszym typie!
ja: świetnie. a jaki jest Wasz typ?
mój brat nr 2: a widziałaś kiedyś pamelę anderson?
ja:...

tu konwersacja się ucina, bo ja za wiele nie pamiętam, zresztą dalej mogło być tylko bardziej żałośnie ^^.

no normalnie ze świadomością, że nie jestem w ich typie żyje mi się jakoś łatwiej. bo wiem, że w ogóle mają jakiś typ. i bo wiem, że mam nieco więcej walorów niźli ten typ. pytanie tylko, czy chodzi o to, żeby być tym typem, czy żeby być od niego lepszym...



miłość nie ma końca, póki się pamięta twarz tamtej osoby.
pamiętam. i właściwie nie wiem, czemu sama decyduję się, by tę twarz oglądać i podziwiać w nieskończoność ten brąz oczu. i bez końca dawać się ranić przez bezmyślne i naumyślne szantaże i żądania wciąż oczekując nadziei na lepsze i zmian w innym niż dotąd kierunku.
rzecz jasna to nieosiągalne.

fascynuje mnie również to, po co tak naprawdę robić wiele rzeczy, które z pozoru dają szczęście. po co się zakochiwać. gdy wiadomo, że to się skończy? po co brać ślub, skoro wiadomo, że nigdy to nie jest jeszcze ten moment. po co razem stawiać fundamenty i na nich dom? przecież to jest bardziej ulotne od wszystkiego, co wokół.
a mimo to tysiące ludzi tak robią. czyżby wszyscy zamotali się w kłębku samotności?

przed oczami mam też las. gdzie choć bywam często, czuję się nieraz samotna właśnie. choć wokół mnie tyle drzew i zwierząt, to jestem sama. bez nikogo. i taka samotność jest piękna. nie skrępowana żądaniami bez odzewu i nadzieją. las jest piękny. jest majestatyczny w swym jestestwie opartym na samotności. choć pełnej wzajemnych zależności. pięknych zalezności. i w lesie boję się właśnie tego, że przestanę być samotna. w lesie boję się spotkać drugiego człowieka...

mój brat nr 2: Kaśka, ale właściwie, czem Wy już nie tego?
ja: ...wiesz, to nie jest ten moment, kiedy mam ochotę rozmawiać. idę spać, daj mi poduszkę.
mój brat nr 1: mówiłem Wam, że żona odeszła ode mnie?
pozostali: ?!

ulotność...




Komentuj(0)


godz: 00:30 data: 2007.07.30
Czernica-burza w spokoju snów

 

jeszcze nie ma 20 jak już w tracie po powrocie z grecji ledwo żywa. samochód ma duży przebieg, gaz wciskam z początku ostrożniej niż zwykle. potem mi wszystko jedno. w czernicy czeka na mnie cała zgraja wariatów z kolonii i kursu. 6,5 godziny jazdy z dwoma świrami w samochodzie, łzy śmiechu i chwile powagi. deszcz za oknem. podróż męcząca, choć towarzystwo wyborowe.
na miejscu delegacja wita nas przy stołówce, gdzie gadamy do 4 rano. przychodzisz i bierzesz mój plecak i odprowadzasz mnie do namiotu. dobranoc, nie wstaję przed 11, walcie się.

dzień mija powoli. co jakiś czas wpadasz, pytasz jak się mam. zagadujesz. jesteś jak zwykle troskliwy, choć mniej. wiem, gdzie Twój wzrok zmierza, za kim podąż. nie przeszkadza mi to. ale i tak zerkasz na mnie. uśmiechasz się. dzięki. doceniam.

dzień później jedziesz na rajd, jak wracasz, to tyle co jesteśmy trochę na jednym ognisku, które mam zaszczyt rozpalić. i potem te słowa...już po ognisku, gdy z kadrą jeszcze śpiewamy

"czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością
myślą swą szukają szczęścia
które zwie się wolnością..."

patrzę w gwiazdy, płomień unosi się gdzieś przede mną, tak że odpływam. nie słyszę nic poza gitarą. kładę się spać. Agatko, przepraszam, że zasnęłam nie słuchając co mówisz. a mikołaj tak zabawnie mruczał podczas masażu...

i ostatniego dnia wszystko szlag trafia. już wyjeżdżam i jednak idziemy na spacer. nie na obiecane 20 minut. na 1,5 godziny. nigdy tyle nie rozmawialiśmy. zauroczona lasem i przestrzenią wokół idę przed siebie obok Ciebie. i czasem unosisz mnie na rękach, patrzysz na mnie i chcesz nieść na barana całą drogę. chcesz być potrzebny. Janek, Janek. nie umiem okazać słabości. przepraszam, zrozum to. dopiero po powrocie zdaję sobie sprawę, jakie wrażenie na mnie wywarłeś tą rozmową.
jagód zszokowany. jeszcze ze mną rozmawiasz na skarpie. i każesz nie być twardzielem. bo wiesz, że rozstania bolą. i przyznaj, choć z trudem, że kocham tak mocno, że nie umiem inaczej przytulasz mnie i wstajemy. a jak się zacznie sezon, to pójdziemy na łyżwy.

 

w drodze powrotnej, miedzy jednym jagódowym kwasem a drugim, opowiadam historię pewnego łyżwiarza. i o dziwo spotykam się z powagą.
a potem jemy o 1 kebabcze w Toruniu. i nic już nie jest normalne :D

 

 


Komentuj(0)


godz: 00:11 data: 2007.07.15
kolonia, czyli morderstwo

 

 

Cóż. Właściwie wyjechałam jakaś taka pewna tego, co wokół się dzieje. I z nadzieją wielkości piramid egipskich, że Janku przyjedziesz.

Na kolonii działo się wiele różnych rzeczy. Ktoś próbował uwieść moje usta, drżącym dotykiem uwieść mnie zachwytem nad moimi niebieskimi oczami. A ja, jak wryta stałam nie próbując nawet odwzajemnić pocałunku. Skąd w nas ta rozbieżność. Że jedno chce, a drugie niczym słup stoi i nawet nic nie zrobi? Czy to jest ta chęć ranienia? Ta chęć odbicia sobie za to i owo od życia? Tak trudno było mi wyciągnąć ręce, tak trudno dotknąć. To wszystko pełne strachu, pełne tej niepewności i bólu w spojrzeniu, które prędzej byłoby w stanie mnie przeniknąć na wskroć niźli sparaliżować...

były i kwestie gustu i upodobań. i jagód. i chwila zastanowienia. właściwie setki chwil-co ze mną jest nie tak. gdzie jest ta wada, rysa. czy w tej chęci sprawienia, żebym innym było dobrze? czy w pełnym zrozumienia spojrzeniu, które nie potrafi nic więcej tylko współczuć? gdzie jest ten błąd, który hurtowo popełniam? dlaczego nikt nie wywali wadliwego produktu?

i Janku przyjechałeś. akurat wtedy, gdy nie chciałam, żebyś się zjawiał. bo zrozumiałam. bo przemyślałam i doszłam do wniosku, że gdy przyjedziesz ja część siebie zatracę. że rzucę wszystko, ideały przede wszystkim i dwie noce spędzimy niezbyt grzecznie.
i Janku przyjechałeś. i  świat mi stanął do góry nogami.
przywitałam Cię w biegu. w biegu mnie pocałowałeś na dzień dobry wieczór. zdziwiłam się, że nie boisz się okazać przy innych, że mnie znasz dłużej.  tego wieczoru wrócił z lasu ten, co próbował skraść moje usta.  musiałam i jego przywitać, o wiele wytworniej niźli Ciebie. był zmęczony. a do Ciebie wpadałam, bo próbowałeś odpocząć. i całowałam namiętnie Twoje usta między jednym a drugim słowem do kogoś zza ściany. w mundurze siedząc na Tobie zatracałam się w zamkniętym świecie czułości. by potem wybiec na Przyrzeczenie. na moje ręce składane. ręce zbrukane przed chwilą tym, co zakazane. i przez to atrakcyjne. i wracam kilka razy i wciąż zatapiam się w Tobie. byle na chwilę.
ale tak nie może być. idziemy w końcu, byś na posłaniu mógł lec. i zabieram Cię tam, gdzie nikt nie śpi. stawiam świeczki, a Ty wyciągasz śpiwór i mnie nie wypraszasz. bierzesz na ręce, ściągasz pas i kładziesz pod nakryciem. nie umiem zaprotestować. jest ciemno, świeczka prawie gaśnie. staramy się być cicho. wilgoć wokół przesyca powietrze, którym oddychamy.

i ja idę ten jeden krok za daleko. choć to jeszcze nie wszystko, choć mam jeszcze granice, którą mogę przekroczyć już wiem, że i to jest za daleko. jest 4 rano, gdy przy trelach drozdów i wilgi wychodzę. i zbrukana wracam do swojego łóżka. brudna, w wymiętym mundurze. czuję się tak prosto. i jest mi zimno. i nagle już powietrze nie jest takie wilgotne. a przestrzeń nie jest wypełniona nami. przez chwilę żałuję. a potem nastawiam budzik, by mieć czas na prysznic.

 

a rano wszystko jest jakieś inne. jest ostatni dzień, każda minuta jest na wagę złota. a TEN DRUGI patrzy na mnie z pretensją. patrzy i szklą mu się źrenice. jestem zła i gdy próbuje mnie dotknąć wyraźnie mówię nie. słowom dość.

i koniec. i mija dzień. na troskach, aż w końcu się rozchorowuję. znów.

wieczorem, idziemy nad wodę. oni się kąpią, ja wpatrzona w Ciebie. przecież widzę, że chcesz wyrwać kogoś innego. wracamy zmarźnięci do domku. rozkręcam z innymi imprezę. gaśnie światło, muzyka jest głośniej. kto chce, to się bawi. klękasz przede mną, całujesz mnie, dotykasz jesteś przy mnie. nie ciągnie mnie już tam i ówdzie. znikasz, pojawiasz się. ale jesteś. w końcu znów idziemy do Ciebie. znów mnie nie wypraszasz, proponujesz ciepłe nakrycie pod śpiworem. znów odstawiamy to samo, choć o wiele szybciej. i w pewnym momencie ja się hamuję. i jest cisza, są westchnienia, nie wiesz jak powiedzieć to, co ja wiem od jakiegoś czasu.
Janku, gdybym się nie domyślała, pewnie wybiegłabym stamtąd i nie chciała Cię znać. ale wiedziałam. pasuje mi to, zdziwiłeś się. bo ja naprawdę nie chciałam już w pewnym momencie od Ciebie nic więcej poza kumplostwem. tylko czy tego można w ogóle chcieć?

przepraszasz mnie za to. przepraszasz szczerze. jestem prawie pewna, że to moja decyzja, że nie chcę, byś sprawił mi przyjemność, spowodowała to, że mi to powiedziałeś...

i nagle świat jakoś się zmienia. inaczej mnie traktujesz. zdejmujesz ostrożną maskę. ja to widzę, choć dla Ciebie ta różnica jest niewielka. ale cieszy mnie to. jest 3 rano. prawie. dobranoc.

 

nosisz to, o co poproszę. ładnie się uśmiechasz. jesteś troskliwy. nie boisz się. dziękuję, że masz odwagę. taka odwaga jest trudna. dziękuję. a w autokarze siedzisz ze mną i zasypiam w Twoich ramionach. wtulona, bezpieczna. a reszta gdzieś z zazdrością spogląda. i tylko jagód czyta dowcipy o prl-u. a my zasypiamy, droga szeroka.

 

 

dziękuję, że miałeś odwagę. dziękuję za kolory w moim życiu. choć boli, to przejdzie. dobrze, że nie poszliśmy o ten kolejny krok dalej. a. i nie wciskaj mi, że kogoś kochasz...to we mnie wciąż jest ktoś inny......


Komentuj(0)


godz: 23:49 data: 2007.06.29
czerwcowej przygody ciąg dalszy


mam inne spojrzenie na to wszystko. inne, jakieś świeższe, może bardziej odważne. tylko w jakichś kątach mojego umysłu jeszcze się kołata jakiekolwiek moralność, sumienie, które tak w gruncie rzeczy zmuszam powoli do śmierci. w katuszach rzecz jasna.

otóż, pewna w 100%, że poniedziałek należy zaliczyć do dni, kiedy to kończy się jakiś rozdział i nie zaczyna następny (czyli po prostu zawieszenie w próżni na wieczne nigdy) żyłam sobie w swoim spokojnym, zakręconym światku. pełnym rzeczy do zrobienia, załatwienia. pełnym nadziei i dobrych chęci (nie żeby piekło wybrukowane nimi było...), że oto w sobotę pojadę jako kierownik na najlepszą z kolonii, jaka w ogóle się odbyła.

właściwie robiłam dużo, żeby te pragnienia zrealizować. właściwie do pewnego czasu robiłam wszystko, co możliwe, żeby tak się stało. a potem to jakoś poszło z górki. tylko nie w tym kierunku co trzeba.

otóż w sądny przeddzień wyjazdu, jakim piątek 29 czerwca był, spokojnie kupowałam sobie stalówki nr 2 w ukochanym sklepie na ulicy Rysiej. pan mi chciał nawet obsadkę jakąś mega super wcisnąć, ale powstrzymałam swe żądne oczy i ręce przed tym czynem. "jeszcze nie zgłupiałam" pomyślałam, choć jakoś tak mi to nie bardzo chciało przejść przez myśli. uradowana, udałam się po najwyższej klasy stroik (nie żeby to miało jakieś znaczenie) jak zadzwonił telefon z Okręgu (strasznie nie lubię TYCH telefonów). że mam przyjechać coś tam rozliczyć, bo termin minął, bo to, bo siamto. wściekła i ze łzami w oczach zaczęłam wydzwaniać do 150 osób, żeby tylko ktoś to zrobił za mnie. i tak miałam na głowie za dużo. a tu jak zwykle w takich momentach: gówno.
poprzekładałam co się dało i pojechałam na tę cholerną ursynowską. siedzę tam, coś próbuję rozkminić z tych faktur. to zdecydowanie nie jest i nie powinna być moja działka! już prawie mam łzy w oczach, wyrywam włosy...oczy czerwone jak u królika, a tu do Okręgu przychodzi Mikołaj z Józefowa :) odebrać zaświadczenie z najwspanialszego kursu pod słońcem :P w sumie spędził ze mną masę czasu, pogadaliśmy gdy ja w kolejce walczyłam o to nieszczęsne rozliczenie. my tu sobie gadu-gadu do mnie jakieś esy przychodzą, na które nie mam chęci patrzeć, a drzwi się nagle otwierają i znajomy głos mówi dzień dobry, czuwaj. wcięło mnie i spojrzałam tylko w kierunku źródła tych słodkich dźwięków. janek. cześć. /tutaj powinna być dygresja o przypadkach i o tym, jak nic nie dzieje się BEZ wyraźnej przyczyny/. odbieram sms-y. od janka. fajnie kurwa. no to mu odpisuje. i gdy udaje mi się wreszcie wyjść, idziemy na kawę, Mikołaj jedzie do domu.
to nic, że mam podkrążone oczy, że wyglądam jak przez okno, że mam na sobie obwisłe spodnie. idziemy do kawki. siorbiemy dość szybko, by potem pójść na Pola Mokotowskie, bo w kawiarni nie było za wiele miejsca na to i owo. na Polach znajdujemy niczego sobie trawniczek, na którym oboje się rozkładamy. w sumie po raz kolejny nie pada za dużo słów. przez liście orzechów włoskich przeświecają promienie letniego słońca. jest dość chłodno. usta splatają się w uścisku. ściągam brwi, bo czuję, że to jedna z tych chwil, których się nie zapomina, bo wydarzyły się nie bez przypadku.
tak, wpadnę do Ciebie na obóz. przyjedziesz na kolonię?

i odchodzimy w swoje strony. żegnasz mnie znów pocałunkiem. to wszystko tak luźne, jak moje spodnie. tak nieskrępowane i tak niepewne, że aż mnie to bawi. uścisk dłoni, jakby go nie było. w ogóle nie patrzymy sobie w oczy. i mimo tego, jakoś jest to nawet fajne.

tego jeszcze dnia. wracam do domu. dzieje się wiele różnych rzeczy. jest późno. ja nadal nie spakowana nawet w kawałeczku. a tu przychodzi mi spotkać się z NIM. na początku trochę podśmiewam się z losu. jednego dnia obdarzy mnie przecież wami dwoma. w sumie obaj z przypadku, obaj poznani w tak wyjątkowy sposób. obaj zesłani przypadkiem. tym przypadkiem. ale kiedy już się z Tobą widzę, to wiem, że ten NASZ przypadek, który skończył się tak niedawno (swoją drogą w naszych sercach nadal trwa...) jest ponad wszystko, co istnieje na świecie. i nie mam ochoty już na żadne gierki. nie mam ochoty na zgrywanie twardziela, na ukrywanie swoich uczuć. na nic nie mam ochoty. łapiesz mnie momentalnie za rękę. całujesz delikatnie. wiem. jestem potwornie zimną suką. ale ciiii. w metrze, w załamaniu ściany, gdzie nie znajdzie nas niczyj wzrok oddaję Ci to, co Twoje...swoje ciało, usta, myśli.

przepraszam Was obu.
masz w oczach łzy. patrzę w ten głęboki brąz, który nieraz obdarzał mnie czułością ponad miarę. w 2 sekundy zdaję sobie sprawę, że na to nie zasługuję. od nikogo. i idę sobie. nie biegniesz za mną. to już nie te czasy...
i tak oto kończy się czerwiec. wyjeżdżam na kolonię z nadzieją, że odnajdę na niej zagubione myśli i duszę. i że ktoś mnie z tego wyrwie. nastepny odcinek wkrótce :]. dziś wieczorem pewnie.
a co mi tam...



Komentuj(0)


godz: 20:36 data: 2007.06.28
no i tak

no i tak właśnie. ale od początku.

 

2-3 był czerwca

gdzieś w głębi, na samym dnie jest otwarta jeszcze rana. walczy ze wszystkich sił, żeby się zasklepić i stworzyć dogodne siedlisko dla kogoś innego. lepszego być może.

wyjeżdżam więc w puszczę z zamkniętymi oczami i Creed'em w uszach. leje niemiłosiernie deszcz i wiem, że stawy będą mnie boleć. jestem jeszcze ułożona i staram się nie pokazywać, że przerażają mnie kontakty z innymi ludźmi. że nie mam na nie ochoty. że to wszystko gra, bo tego ode mnie się wymaga. nikt nie zapyta "jak tam?". właściwie to dobrze.

mija pierwszy dzień, wieczorem przy ognisku uderza coś jak piorun. zamykam oczy i widzę to ognisko i las grądowy i dwa zagłębienia w mokrej ziemi po moich kolanach. i niewyraźne ślady szamotaniny. szarpaniny pomiędzy mną a tobą. próby wydarcia się z twoich ramion. zabrania swoich ust od twoich. a te usta takie słodkie, takie...moje na tę chwilę. powiedziałeś za wiele.

i były łzy, żal i pretensje do siebie. byla zdrada. najgorsza, bo sercem.

 

i teraz przyt tym jakże innym ognisku zamykam oczy i idę. nagle pojawia się na drodze on. i tylko zagaduję. jest na tyle ciemno, że nie ma prawa dostrzec, jak szklą mi się oczy. patrzę na niego i staram się dostrzec gdzieś jego spojrzenie. ciepłe i jakieś inne od tego z ogniska sprzed 2 lat. i czuję, że płonę.

zasypiam tego dnia, choć wiem, że wszystko jest tak bardzo bez sensu. że oni leżą tam sobie i coś mówią, a ja tylko zamykam oczy i wiem, że wszystko jest bez sensu. i mogę wreszcie zdjąć maskę, wylać swoją wrażliwość w sweter. on wiele ze mną przeszedł...

 

nie mija tydzień...jest sobota 9 czerwca

wypada mi się maty uczyć. właściwie wypada mi się uczyć. ale jak jest impreza, to przecież nie odmówię. rana wydawałoby się nagle się zasklepia. wszystko odpycham najdalej na bok jak się da. staję się na ten jeden dzień zimną suką.

i właściwie jest mi dobrze. jest mi dobrze tuż obok ciebie. jesteś ode mnie sporo wyższy i nawet nie mam jak ci w oczy spojrzeć, co znacząco ułatwia sprawę. schylasz się do mnie, by mnie uwieść, więc biorę cię za rękę i idziemy w deszcz, gdzieś pod sosnę. pada. a twoje usta są takie słodkie. ale pada coraz mocniej i chcemy się schować. i dotykasz mnie w ten sposób. w ten tak podobny a i inny. i bierzesz mnie na ręce. i...dobrze wiemy co. ja i ty. i czasem tylko coś przepleciemy rozmową. a potem zwieńczymy pocałunkiem. właściwie to o to chyba w tym chodzi.

żegnam się. stoisz i chyba nie chcesz tak samo jak ja. oni odchodzą i żegnasz mnie najlepiej jak umiesz. i żegnasz jeszcze w samochodzie. uwierz mi-wracając czułam, że żyję. obudziłam się. po 1,5 roku.

 

poniedziałek

to dobrze, że chcesz ze mną pobyć. to dobrze, że nie masz we krwi deka % i nadal całujesz w tak delikatny i subtelny sposób. dobrze, że nie boisz się mówić...powodujesz, że się uśmiecham, wiesz?

 

wtorek

oglądasz ze mną czekoladę. trzymasz niewidzialnie za rękę. wracamy, a ty znów obdarzasz mnie pocałunkami...józefów zapala i gasi latarnie...

 

sobota

spragniona twojego widoku biorę koc z bagażnika. idziemy przez las rozmawiając. jest polana, jest trawa, są kostrzewy. jest niedaleko ta stadnina koni. i jest koc. w kratę. koc jest świadkiem wielu, wielu gestów i niezbyt wielu slów. doprowadzasz mnie do uniesienia, choć (przynajmniej ja) wiem, że mi nie wolno. i zatapiam się w Twoje ramiona. jest mi w nich tak dobrze. odwożę Cię gdzieś na północ, w puszczę. i żegnasz mnie przy samochodzie...i znów bierzesz moją głowę w swoje ręce. i schylasz się. a ja się totalnie zapominam. i zatracam, choć trwa to krótko.

do kina na piratów nie...choć właściwie...:)

 

środa

idziemy na tych piratów no. sadzasz mnie na swoich kolanach co jest dla mnie niewypowiedzianym szokiem. i całujesz. prawie ciągle. właściwie nie wiem czy częściej czuję Twoje usta, czy widzę film. potem jedziemy na msoś-ognisko. trochę tu trochę tam, wszędzie mnie pełno. to przy flecie, to kiełbaskę z tobą podpiekę, by potem skarmić ją w twoich ustach. w końcu siadamy przy ognisku i tonę. tonę w obawach i tonę w tobie. czy wiesz, że nigdy nikt tak ze mną nie siedział? i wracamy wśród świetlików. myślę sobie nawet, że we mnie rozpala się takie małe światełko. nie zniknie, gdy odejdziesz, bo to światełko to świadomość. siebie, swojej wartości. zaczynam dostrzegać, że jest inaczej niż przez ostatnie 1,5 roku wydawało mi się być. i choć moja rozmowa pewnie zabija te czułe słowa i choć wracam bez sił do domu, to coś tam się zmieniło. nie wiem jak wróciłam do domu. nie pamiętam. nie miałam siły zmieniać biegów, więc pamiętam dwa przejechane czerwone, ale to pod koniec. a jak wyjechałam z józefowa nie mam pojęcia...

 

sobota/niedziela

uraczasz mnie wiadomościami. uraczasz najebanym w 3 dupy sms-em. i niedziela to nadzieja, że się spotkamy, choć coraz mniej czuję tej energii z początku. coraz mniej mi zależy. i wiem, że to dobrze. choć twoich ust mi brak.

 

poniedziałek

znów wyciągam z bagażnika koc. znów idziemy. teraz o wiele mniej słów. o wiele to wszystko szybciej. o wiele intensywniej. i dużo więcej strachu.

przecież nie chcę nic do ciebie czuć. nie każ mi i nie zmuszaj, by bolało, bo sprawisz, że odlecę gdzieś w korony tych sosen wokół nas. nie rób tego...

pozwalasz mi na dużo. sam przejmujesz inicjatywę. sprawiasz, że wiem, kim jestem. sprawiasz, że czuję. sprawiasz, że zapominam się w sobie. i widzę tylko twoje omamione oczy.

podniecasz mnie. łapiesz moje ręce mocno, zdecydowanie i silnie. sprawiasz, że się boję, bo spojrzenie masz ogniste. rządam twoich ust. wychylam się, ale trzymasz mnie tak mocno. pożądasz. i tak ze 3 razy aż w końcu pozwalasz mi na to, bym przez dobre 20 minut znęcała się nad tobą...i znów mnie bierzesz. z taką lekkością, jakbym była piórkiem. rób co chcesz...

...i po tych kilku razach uspokajamy się. po tych kilku razach staramy się opanować, ochłonąć. i obiecać sobie, że to już ostatni raz. że już wstajemy. bzdura.

 

dziś

Janku, dziękuję Ci.

 

 

 


Komentuj(0)


godz: 23:34 data: 2007.06.xx
canis lupus...początek czy koniec?

nie mam w zwyczaju pisać długich wstępów w jakiejkolwiek z prac, które popełniam. nie rozumiem tych, którzy oczekują, że będę takie wstępy robić i jak wygłodniałe hieny czekają na świeże mięso....

e tam. sprawa jest prosta. jest potrzeba, to jest i to. ja nie zmuszam. jak ktoś chce, to zapraszam. miłego pobytu. że o paru dobrych, KONSTRUKTYWNYCH słowach komentarza nie wspomnę...czuj się jak u siebie Wędrowcze.


Komentuj(0)


Google:
Design info:
Szablon wykonała: Georgiana
credits: Paweł Strykowski
Pobrano z: Szablony Inventive
Powered by eblog.pl

Inventive - Design Studio



Strona Glówna O Mnie Księga Gości Archiwum Linki